kinga baranowska
      wyprawy    reportaże    galerie    o mnie    fotoblog
     
  Dhualagiri
Dhaulagiri ("Biała Góra") - szczyt w Himalajach o wysokości 8167 m n.p.m. oddzielony od pobliskiej Annapurny głęboko wciętą doliną rzeki Kali Gandaki. Jest siódmym co do wysokości ośmiotysięcznikiem świata i do tej pory niezdobytym przez żadną Polkę.
 
       
  30.10.2007
No niestety, nie zdobyliśmy z Dodo Dhaulagiri w tym sezonie. Zabrakło nam "tylko", albo "aż" 100 m wysokości względnej. To niewiele, zważywszy, że w tym sezonie nie było praktycznie wejść na ośmiotysięczniki z racji monsunu, który prawdopodobnie drastycznie się przesunął o parę tygodni.
Jednakże te 100 metrów, to było kolejnych kilka godzin, których nam już zabrakło. Torowaliśmy w głębokim śniegu i na grani szczytowej stanęliśmy po 12 godzinach od wyjścia z obozu trzeciego na 7200 m. Szczerze mówiąc, myśleliśmy, że zajmie nam to mniej czasu. Obliczyliśmy, że zejście zajmie również 6-7 godzin, no i w tej sytuacji zastałaby nas noc. Noc na 8 tys. kończy się różnie, a nikt z nas - ani Dodo, ani ja, nie chcieliśmy spędzać biwaku na tej wysokości. Poza tym zaczęło się kolejne załamanie pogody, no i czym prędzej trzeba było stamtąd uciekać.
I tak "wyszarpaliśmy" Dhauli te parę dni i zdecydowaliśmy się pójść jak najwyżej się da z lekkim 1 kg namiotem, nie robiąc postojów po drodze, czyli w obozach pośrednich.
Zawracanie przed szczytem do łatwych nie należy, ale to była jedyna słuszna decyzja, do której też w jakiś sposób trzeba dorosnąć... (...)

Zejście okazało się... karkołomne. Trwało bardzo długo, wyłapaliśmy nieplanowany biwak poniżej jedynki, gdyż zastała nas noc. Widoczność na parę metrów uniemożliwiła wybrnięcie z miejsca pokrytego siatką szczelin, błądziliśmy przez parę godzin na odcinku, który zazwyczaj pokonuje się w 10 min..
W pewnym momencie usłyszeliśmy huk lawiny, jednakże z racji, że słyszeliśmy je średnio co 10 min, szliśmy dalej. Gwałtowny podmuch przewrócił mnie i Dodo w śnieg, a następnie zaczął przesuwać w stronę szczeliny, wzdłuż której szliśmy. śnieg przysypał nas prawie w całości. Jedyną myślą, która wtedy świtała w mojej głowie, to utrzymać się na powierzchni, nie dać się zasypać i przesunąć dalej, utrzymać głowę nad śniegiem...
(....)

Dużo by pisać. Pewnie powstanie o tym jakiś artykuł. O zawracaniu i o tym, (jakie to niby oczywiste), że szczyt to połowa sukcesu. Udało nam się zejść do bazy szczęśliwie, byliśmy tylko potwornie wymęczeni i mokrzy. Zabrakło 100 metrów do szczytu, ale i tak cieszyliśmy się, że cało wyszliśmy z tej próby.
Reszta zespołów zakończyła swe "akcje górskie" na wysokości obozu pierwszego, nieustająco zła pogoda zniechęciła ich do podejmowania kolejnych prób.

Dhaula więc musi poczekać. A ja kończąc swą trzecią wyprawę w tym roku, muszę się zregenerować. I gdzieś wreszcie wygrzać się na słońcu... Tylko gdzie??

Ps. Koreańczyk, który był z nami, do tej pory twierdzi, że był na szczycie. No cóż, oni już tak mają.

 
  15.10.2007
Nie udalo nam sie wczoraj wejsc na szczyt. Dotarlismy na wysokosc okolo 8076 na jakis przedwierzcholek (?). Teraz walczymy z zejsciem, zapadamy sie po uda, pada ostro i zero widocznosci.
 
       
  14.10.2007
Wiadomosc przyslana z agencji Sherpa Adventure dzis ok 13.40: Kinga, Dodo i inny zespol zalozyli oboz III 2 dni temu i beda probowac wejsc na szczyt dzisiaj. Agenca wyslala 12 tragarzy i 2 Szerpow do BC. Do BC dotra oni 16 pazdziernika, powrot z bazy zaplanowany jest na 17 pazdziernika.

Aktualizacja wyslana z agencji Sherpa Adventure dzis ok 15.50: "Wlasnie dostalem telefon od kucharza - Kinga i Dodo osiagneli wysokosc 8157 m. i powrocili do obozu II. Ta wiadomosc przyslal do BC inny zespol. Sadze, ze powroca oni do BC jutro po poludniu".
 
       
  13.10.2007
Idziemy do trojki o wschodzi slonca, by bylo nam cieplej. Jest to troche strome podejscie, nigdzie nie ma poreczowek. Szerpowie cos probuja w co bardziej trudnych miejscach zalozyc porecz dla Koreanczyka. Radzimy im by szli z "lotna" asekuracja, ale sie boja.

Ja, Dodo i Frederik zakladamy trojke na wysokosci 7210 m n.p.m., Koreanczyk z Szerpami gdzies ponizej. Chcemy tej nocy wyjsc na szczyt.

Nie spalam wczesniej ani w dwojce, ani w trojce, mam "te" aklimatyzacje z Nangi Parbat, sprzed dokladnie 3 miesiecy. Powiem szczerze ze prawie jej nie czuje :-(
Ale sprobuje wyjsc na atak szczytowy.
 
       
  12.10.2007
W nocy wiatr ucichl. Wsluchujemy sie non stop w pogode. Wstapily w nas nowe sily.
Wstajemy o 2 w nocy i o 4 ruszamy do dwojki.
Nie jest to latwe wyjscie, bo znow trzeba robic slad - jakies 900 metrow w gore, snieg powyzej kolan, czasami boksuje sie w miejscu po kilkanascie minut.

Dwojke zalozylismy na 6530 m n.p.m., nizej niz w zeszlym sezonie, gdzie zasypalo w nocy w lawinie dwoch Hiszpanow.
Jestesmy tu w 6 osob: ja, Dodo i Frederik (Szwed, narciarz) - stanowimy jakby jeden team oraz Koreanczyk z dwojka Szerpow do pomocy - dziala sobie po swojemu.
Koreanczyk nie ma u dloni palcow (w ogole!) i we wszystkim pomagaja mu Szerpowie...
Troche liczylismy na to, ze pomoga nam w torowaniu w sniegu, ale tak nie jest. Nie odstepuja Koreanczyka na krok i ida wolno za nami.

Z tego co wiemy, dzis wszyscy opuscili juz baze.
 
       
  11.10.2007
Totalne zalamanie pogody - jeszcze w nocy :-((
Caly dzien sniezy, ze nie widac na metr.
Siedzimy w namiocie i nie poddajemy sie (psychicznie).
Nasza czworka patrzy jeden na drugiego, kto pierwszy zarzadzi odwrot z gory z tego desperackiego wyjscia.
Na szczescie nikt sie nie zlamal.
 
       
  10.10.2007
Wyszlismy znow do obozu I. Nie poddajemy sie. Z naszej calej 20 osobowej grupy wspinaczy zostalo nas tylko 4 osoby, ktorych psychicznie jeszcze gora nie zlamala.
Albo bedzie to wyjscie po rzeczy do obozu I, albo jesli jak pogoda pozwoli - pojdziemy wyzej. Bedzie to trudne, bo robiebie sladu na szczyt w tak waskim skladzie - bedzie bardzo ciezkie.
Na 16-tego mamy zamowionych tragarzy, maja przyjsc przez French Pass. Czy przedra sie przez snieg? I czy my do tego czasu cos wskoramy??

Tym razem podejscie do jedynki zajelo nam juz tylko 6 godzin, choc i tak brnelismy w glebokim sniegu.
 
       
  09.10.2007
Nasze wczorajsze wyjscie do jedynki zakonczylo sie kleska.
Gdy bylismy mniej wiecej w polowie drogi - przed nami spadla potezna lawina.... Potezna.. - to malo powiedziane.
Dzieki Bogu dosiegla nas tylko chmura, bo bylismy zbyt daleko..

Nad lawina ujrzelismy trzy male punkciki / postacie schodzace w dol. Mogli to byc tylko Francuzi schodzacy w dol, ktorzy nie mogli przez pare dni wydostac sie z jedynki (probowali i zawrcaali, bo bladzili we mgle). Zarowno my, jak i oni - mielismy wielkie szczescie.
Zdecydowalismy sie poczekac na naszych znajomych Francuzow (szli z calym dobytkiem, zwineli wszystko), bo schodzili po lawinisku i pomoc im zejsc do bazy.
Nie mielismy juz odwagi podchodzic do obozu I, tym bardziej, ze sniegu napadalo wyzej duzo, a w bazie - prawie wcale.

Oprocz naszej dwojki, 1 Szweda i 1 Koreanczyka, wszyscy juz oficjalnie zakonczyli wyprawe. Ale zeby nie bylo zbyt latwo, to.... nie mozna stad zejsc.
Pierwsi porterzy zostali juz zamowieni do BC (base camp, baza) z 1,5 tyg. temu, ale jeszcze zaden tu nie dotarl. Tak wiec wszystkie rzeczy wspinaczy, ktorych zreszta nie ma juz w BC, sa nadal tu i czekaja na zniesienie. Totalna katastrofa z tym sniegiem!!!
Jesli nic sie nie zmieni, to my rowniez bedziemy musieli schodzic nie przez French Pass, ale duzo dluzsza droga, ktora zajmuje nawet z 7 dni!

A tymczasem caly czas pada.....
 
       
  04.10.2007
Wczoraj dotarliśmy do jedynki, w głębokim śniegu. Dziś wyszliśmy do dwójki ale w południe znów załamała się pogoda. Nie zdołaliśmy znależć miejsca na dwójkę, znów śnieży i widoczność jest na 10m. Cała grupa zawróciła - wyszliśmy w 9 osób. Nie jest bezpiecznie niestety. Nie wiemy ile potrwa to załamanie pogody :(
Nie wiemy jeszcze czy zejdziemy do bazy na czas niepogody (myśleliśmy, że przyjdzie później i zdążymy wejść wyżej) czy będziemy przeczekiwać tu...
 
       
  02.10.2007
Baza pod Dhaula.
Dziś szykujemy się do wyjścia do góry. Wychodzimy w nocy do jedynki razem z Francuzami.
Wysyłamy parę fotek z poprzednich dni, bo wreszcie udało nam się naładować baterie w komputerze...
Reszta relacji – potem. Zobaczymy co zastaniemy w jedynce.
Kinga
 
       
  01.10.2007
Dziś drugi dzień pogody, ale z góry wciąz spadają lawiny. Udało się zrobić pranie i małe porządki. Dziś będziemy się powoli szykować do wyjscia w górę. Założyliśmy też chorągiewki modlitewne w bazie by pogoda utrzymała się jak najdłużej. Nasz kucharz nabawił się lekkiej ślepoty śnieżnej, pieką i łzawią jego oczy, gdyż chodził bez okularów przez pół dnia. Wczoraj zszedł z jedynki do bazy Koreańczyk wraz z Szerpa, który siedział w górze w niepogodzie. Zauważyłam, że nie ma dłoni, Szerpa pomaga mu w wielu rzeczach. Mimo to - cały czas się uśmiecha... Dowiedzieliśmy się też od niego, że niestety wszystko w górnych obozach jest doszczętnie zasypane. Kazdy boi się o swój dobytek w górze... Tylko ja i Dodo nie mamy żadnych rzeczy w obozach wyżej, bo jeszcze ani razu nie wyszliśmy do góry. Japończycy wykonują manewry pt. przecieranie śladu w dół, podobno zastanawiają sie nad opuszczeniem bazy(?) gdyż ich liny
poręczowe, które mieli założone (na pewno do jedynki, a moze wyżej?) są pod grubą warstwą śniegu. Tak naprawdę nie wiemy co kombinuja. Z BC pod Dhaula – Kinga.
 
       
  30.09.2007
Pierwszy dzień bez opadu śniegu!! Aż na bezdechu sprawdzałam rano jaka jest pogoda, gdyż podejrzanie cicho było w nocy - nic nie dudniło o namiot... I tu pokazała się Dhaula w całej okazałości! Z mego namiotu zobaczyłam też Dhaula II, gdzie w tej chwili wspinają się moi znajomi z Polski, których serdecznie pozdrawiam :) Od rana zaczęło się gorączkowe suszenie wszystkiego, gdyż przez ten tydzień kiedy padało non stop, dosłownie wszystko bylo mokre i śmierdzace. Mówiąc krótko - każdy już miał tego serdecznie dość! Po obiedzie ponownie przekopaliśmy się na lodowiec by wznowić nasze poszukiwania. Głównie chodziło o gaz
do kuchni i ogrzewacz do mesy... I tym razem sie udało! Wyglądaliśmy jak z sondami lawinowymi, ale dzięki lepszej widoczności udało nam się zlokalizować wszystko i przenieść do bazy. Tak więc dzień pracowity ale i tak wszyscy zadowoleni z powrotu słońca.
 
       
  29.09.2007
Dziś zawaliła się nasza kuchnia pod wpływem nagromadzonego na dachu śniegu. Wystarcz tylko noc, wieczorem odgarnialiśmy śnieg, by namiot nie wytrz tego ciężaru. Od 6 rano walczyłam z żywiołem. Potem udaliśmy się na lodowiec, gdzie wylądował helikopter i próbowaliśmy znaleźć pod śniegiem nasze rzeczy. Nadaremnie... Śniegu jest tak dużo, że to jak szukanie igły w stogu siana... Ale nie poddamy sie latwo! ;) PS. Strona wyprawy Jean - Noela Urbana: www.expeditions-urban.com
 
       
  28.09.2007
Przeczytałam już wszystkie książki jakie zabrałam na wyprawe (dwie). Mając w pamięci tegoroczną Nangę, gdzie nie zdążyłam nawet przeczytać nawet 40 stron - myślałam, że to w zupełności wystarczy. Oczywiście starzy wyjadacze powiedzą - ja to przesiedziałem w niepogodzie dużo więcej, co marudzisz! Dla mnie to faktycznie nowe doświadczenie, od przyjazdu nie przestaje padać ani na 5 min. Baza przypomina labirynt tuneli, pod warunkiem że się je stale odśnieża. Trzeba też uważać na śnieg zalegający na namiotach. Załamała się już mesa Francuzów i śnieg wpadł do środka. Istne pobojowisko! Sami Francuzi (Joan-Noel i Nicolas) zeszli na szczęście do bazy. Schodzili z duszą na ramieniu brodząc po uda w śniegu. Poznałam już prawie wszystkich europejczyków na wyprawie. Jest tu dwójka Francuzów, troje Duńczyków, jeden Szwed, dwóch Austriaków, jeden Słowak (Dodo) i ja z Polski. Druga grupa to ok sześciu Japończyków i jeden Koreańczyk, ale nikt nie zdołał ich bliżej poznać, gdyż izolują się od reszty. Ale to norma jak już zdążyłam zauważyć. Wiem tylko, że mają kilku Szerpów wysokościowych i zamierzają wspinać się z tlenem.
 
       
  26.09.2007
Mokry śnieg dudni cały czas w mój namiot.. Piszę teraz dziennik słuchając Stinga, a za chwilę kucharz zawoła nas na obiad serwując stek z jaka, frytki i surówkę...
Robimy tunele między namiotami by dojść chociażby do toalety. Dziś ze 20 min przekopywałam się do namiotu prysznicowego by w końcu się umyć.
Dwie ekipy cały czas są w obozie I. Niedobrze. Nie mogą zejść do bazy bo teren poniżej jest bardzo lawiniasty, nie chcą ryzykować. Dhaula na razie bardzo nieprzystepna. Słyszę tylko huk lawin które z niej spadają.. Widzialam ją tylko pierwszego dnia, kiedy to pozwoliła nam rozbić bazę. Część naszych rzeczy nadal tkwi pod głębokim śniegiem na lądowisku. Pomyślcie ciepło, by przyszła pogoda..
 
       
  25.09.2007
Niestety trzeci dzień z rzędu śnieży, w bazie napadało ponad pół metra śniegu, w wyższych obozach dość niebezpiecznie, lecą lawiny. Moim i Dodo zajęciem jest głównie odkopywanie namiotów, by ciężki, mokry śnieg ich nie połamał...
Do usłyszenia jutro.
Pa Kinga
Dodo Kopold
 
       
  24.09.2007 Dhaulagiri base camp, 4750 m
Cześć!

Dziś jesteśmy drugi w dzień w bazie pod Dhaulagiri, 4750 m n.p.m. Przylecieliśmy wczoraj helikopterem z Pokhary, jest to ok. 40 min lotu.
Baza jest na morenie i w tym momencie jest tu kilka ekspedycji, jakies kilkanaście osób, które mają ten sam cel – zdobyć Dhaulagiri północnowschodnim grzbietem.

Wczoraj mieliśmy mnóstwo roboty z założeniem bazy, gdyż wszystkie nasze rzeczy były kilometr od miejsca gdzie chcieliśmy postawić base camp. Trzeba je było wszystkie przenieść.

Bardzo dużo pracy mieliśmy z wykopaniem platform pod mesę, kuchnię, nasze namioty do spania i było to dla nas dużo jak na pierwszy dzień tutaj. Szczególnie dla mnie, gdyż 2 dni wcześniej byłam jeszcze w Warszawie.
Nasz plan na najbliższe dni głównie zależy od pogody. Dziś leje i śnieży od rana. Jak się przejaśni – wyjdziemy do jedynki (5700 m) by się aklimatyzować, potem napiszę do robimy dalej.

Buziaki
Kinga
Dodo Kopold
 
       
  23.09.2007
Już przed 8 rano wylądowaliśmy helikopterem w bazie, a właściwie kilometr od bazy, na lądowisku. Nasze 700 kg zostało wyrzucone na morenę (4750 m n.p.m.), Wysiedliśmy ja i Dodo oraz nasi kucharze, po czym helikopter odleciał i zostaliśmy z całym naszym dobytkiem jak na Marsie. Wokół tylko śnieg, lód i skała... I temperatura niższa o jakieś 30 st. Cały dzień nosiliśmy nasze rzeczy do bazy. Nie ma tu żadnych porterów, ale na szczęście pomogli nam kucharze. Jestem padnięta i od rana chodzę jak pijana, ruchy mega spowolnione... Postawiliśmy mesę i kuchnię, mamy gdzie spać i jeść :) W bazie naliczyłam kilkunastu wspinaczy z całego świata. Jesteśmy bliskimi sąsiadami z Francuzami poznanymi na Nanga Parbat. Drugi, odległy koniec bazy zajmują Japończycy, jak to zwykle bywa - separują się :)
 
       
  22.09.2007
Dziś przyleciałam do Pokhary, jednego z większych miast Nepalu i chyba o wiele przyjemniejszego niż Kathmandu...
Lot trwał 'aż' 20 minut, zaś Pokhara, tak jak i Kathmandu przywitało nas żarem z nieba (ok. 30 st.C) oraz gwałtowna ulewą w ciagu dnia, prawie jak w tropikach.

Jutro z samego rana szykujemy się do wylotu helikopterem bezpośrednio do bazy na 4750 m. Dziś więc ostatnie piwo i prysznic w 'cywilizacji', od jutra przez następne parę tygodni będziemy brudasami ;-)
 
       
  21.09.2007
Od paru godzin jestem w Kathmandu - stolicy Nepalu. Tym razem wyruszam na zdobywanie Dhaulagiri - ośmiotysięcznika położonego w zachodniej części Nepalu.

Jestem w teamie wraz z Dodo Kopoldem, z ktorym to mialam przyjemnosc rowniez wspinac sie w tym roku na Nanga Parbat. Oprócz nas na wyprawie będzie dwójka zaprzyjaźnionych Francuzów - także poznanych pod Nangą, i z nimi właśnie jesteśmy na wspólnym 'permicie' na Dhaula.

Tylko jeden dzień będę w Kathmandu, jutro lecę do Pokhary, a stamtąd, jeśli pogoda pozwoli, helikopterem bezpośrednio do bazy.

Informacje będziecie mogli śledzić na mojej stronie oraz na www.wyprawy.onet.pl
Strona z tegorocznych wypraw Dodo Kopolda: http://www.himalaya2007.expedition.sk
 
 



 
 


Żródło: http://pl.wikipedia.org

 
 


Łączność satelitarną na wyprawie zapewnia firma Exatel.

 
 

Relacje z poprzednich tegorocznych wypraw na Denali i Nanga Parbat.

 
     
kontakt     linki     sponsoring
© copyright 2007 Kinga Baranowska