kinga baranowska
  news   wyprawy/galerie   media/zdjęcia   bio   konferencje
     
 

Relacje z poprzedniej wyprawy na Dhualagiri 2008, Dhualagiri 2007, Nanga Parbat 2007, Mount McKinley 2007

 
     
  MANASLU
Manaslu (8156 m, w niektórych źródłach również 8163 m) - szczyt w Himalajach Nepalu. Obecna nazwa pochodzi z sanskryckiego słowa manasa oznaczającego ducha bądź duszę. Manaslu to zatem Góra Ducha. Jest ósmym co do wysokości szczytem świata i do tej pory niezdobytym przez żadną Polkę.

Kinga Baranowska pierwszą Polką na Manaslu!

5 października o godz. 10 czasu lokalnego Kinga Baranowska stanęła jako pierwsza Polka na szczycie Manaslu (8163 m) położonym w Nepalu.








Łączność satelitarną zapewnia
operator telekomunikacyjny EXATEL



Sprzęt na wyprawę dostarczył ALPINUS



Przedsiębiorstwo Spedycyjne Trade Trans Sp. z o.o.

 
   
   
   
 

09.10.2008
Kathmandu. Przylecieliśmy dziś rano helikopterem. Już od 5.00 rano na nogach. Będzie mi znów ciężko się przestawić na czas polski, bo nie dość że wstaję tu między 3 a 7, to jeszcze czterogodzinna różnica czasu. Miasto – jak zwykle: zatłoczone, gorące, przytłacza ilością ludzi, ale z drugiej strony cudownie skorzystać z wynalazków cywilizacji – ciepłej wody i wanny. Wymoczyć i wygrzać za te wszystkie tygodnie spędzone na mrozie.

Jestem 13 października w Polsce, o godz. 9.50 – na Okęciu. Przylatuję samolotem z Mediolanu.


08.10.2008

Dziś schodziliśmy do Samogon… Przedziwne uczucie, zobaczyć po paru tygodniach znów trawę, kolor zielony. Piszę o tym za każdym razem, ale za każdym razem mnie to zadziwia. To tak jakby zstępowało się z innego świata. Pojawiają się kolory, zapachy i jakby od nowa zaczęło się doceniać to wszystko co tu mamy. Od nowa ze zdziwieniem czowiek zaczyna przyglądać się życiu, jak to wszystko misternie zostało skonstruowane.
Jedyne co przeszkadza, to hałas i to, że ludzie krzyczą, zamiast mówić do siebie z uśmiechem. I że nie słychać własnych myśli. Nie ma tej przestrzeni między niebem a ziemią, jest za to wiele innych wypełniaczy, które zasłaniają i zagłuszają świat.
Przyglądam się w Sama ludziom - jak żyją. Tu, gdzieś na końcu świata, pod granicą chińską, w Tybecie. Woda ze strumienia, i tak duży postęp w porównaniu z innymi wioskami – bo prąd (o określonych porach dnia), dzieci tak nieziemsko umorusane, że nie widać rysów twarzy. Domy z ułożonego kamienia, aż niewiadomo jak to się razem ze sobą trzyma, wiatr hula w szparach, na środku klepisko i palenisko. Tu się gotuje, zalewa herbatę, wszyscy się grzeją, przez dym nie widać innych twarzy, aż szczypie w oczy.
Ta wioska i tak jest bogata, bo położona pod ośmiotysięcznikiem, ktoś ją odwiedza, przyjeżdżają tu ‘climbersi’ i kupują posiłek, więc są pieniądze. Można też pomóc przy zaniesieniu bagażu do bazy i też trochę zarobić. Inne wioski nie mają tyle szczęścia.
Wszyscy żyją, są szczęśliwi, nie znają innego życia, być może nigdy nie byli w Kathmandu ani Pokhara, bo i po co? Tu jest świątynia, modlić się można tu, do Buddy. Tu jest wszystko co trzeba.


07.10.2008

Baza. Zasypana śniegiem. Monsun wrócił ze zdwojona siłą. W bazie exodus – wszyscy uciekają. Wiedzą, że teraz od nowa robienie śladu na 8 tys. jest strasznie trudne, no i niewiadomo ile by trzeba czekać na pogodę. Nie ma porterów by zejść do Samogon. Musimy czekać. Część ekip nas uprzedziła, gdy byliśmy na szczycie i pozamawiali wszystkich.
Może uda nam się załatwić helikopter na 9 października, ale to nic pewnego, bo ciągle śnieży. Poza tym – finanse, finanse…
Helikoptery dolatują tylko do Samogon – tysiąc metrów poniżej, a tam też trzeba się jakoś dostać :(
Wczoraj – zjazd energetyczny. Spałam z 14 godzin i jeszcze było mi mało. Chyba jakoś w końcu dojdę do siebie. A dziś wielkie pakowanie, oczywiście w śnieżycy. No i nie działają telefony. Satelita zastrajkował. To chyba wszystko po to, byśmy się jak najszybciej stąd zwinęli.





06.10.2008

Około 28 września dowiedzieliśmy się że dobra pogoda ma się utrzymać do 4 max 5 października. Co tu robić? Nie mamy aklimatyzacji nawet z dwójki i szansa na atak szczytowy nam przepadnie :( A tu takie okno pogodowe – w środku monsunu! Następne takie może się pojawić za 2 tygodnie! Jednakże grzech przepuścić taka szansę – wychodzimy chociaż się aklimatyzować.
„Po drodze” zdecydowaliśmy, że jedna noc na 6800 m „musi” nam wystarczyć by zaatakować szczyt, następnie schodzimy na 2 noce do bazy odpocząć i próbujemy wchodzić na szczyt. Jeśli prognozy miały okazać się prawdziwe – mielibyśmy szanse 5 października.
Plan odważny, bo z jedną nocą na 6800 m – aklimatyzację ma się słabą, ale... słabą grupą też nie jesteśmy. Każdy z naszej ósemki ma po kilka ośmiotysięczników na koncie i swoje organizmy dość dobrze zna. Stwierdziliśmy, że możemy to zrobić. Najbardziej oczywiście byli o tym przekonani ci, którzy byli latem w Pakistanie i mieli jeszcze aklimatyzację stamtąd, ale wszyscyśmy na ten plan przystali. Poza tym dość szybko się poruszaliśmy, w dobrym czasie pokonywaliśmy wysokości, więc ustalone.
(...)
Noc w obozie trzecim przed atakiem szczytowym – do niczego. Koszmar. Nie zmrużyłam oka. I wcale nie dlatego, bo bolała mnie głowa, po prostu na tej wysokości (prawie 7500 m) – pierwszej nocy się nie śpi (jeśli śpi się jakąkolwiek).
Wstałam już o 1.30, mimo, że wyjście było zaplanowane na 3.00. Wyszliśmy. Jak zwykle na tej wysokości – zimno (około -30) i „ruszyć z miejsca” ciężko. A to zimno w nogi, a to w ręce, a to nos odmarza itd.
Grań wyprowadzająca na główny wierzchołek Manaslu jest długa i wieją tu silne wiatry. I wcale nie jest płaska, jak to się z daleka wydaje. Co chwilę - ostre podejścia, które powodują przystawanie co trzy kroki i wyrównywanie oddechu.
Na wierzchołek dotarłam około 10, gdzieś po 6 godzinach wspinaczki. Nie był to najgorszy czas, ale kiedy widziałam ludzi, którzy poruszali się z aparatem tlenowym – to można powiedzieć, że z prędkością błyskawicy w porównaniu z tym jak ja się wspinałam. Niesamowite, ile taki tlen z butli daje.
Ostatni odcinek grani jest eksponowany, i nieubezpieczony, i wielu ludzi się nie zdecydowało pójść na główny wierzchołek Manaslu. Część kończyła swoją wspinaczkę na przełęczy. Nasza cała grupa stanęła na głównym wierzchołku Manaslu.
Na szczycie – byłam tylko chwilę. Mówiąc szczerze, nie było gdzie nogi postawić. Zazwyczaj jest tam odkryta skała, lecz teraz cały szczyt pokryty był nawisami śnieżnymi i trzeba było bardzo uważać by takiego nawisu nie naruszyć i razem z nim nie spaść w przepaść.
Jeszcze tego samego dnia dotarłam do bazy. To dość trudne przedsięwzięcie – wejść tego samego dnia na szczyt i tego samego dnia zejść do bazy, czyli w górę ok. 700 m i w dół – ok. 3500 m Powiem szczerze, że czułam się co najmniej zmęczona, no i odwodniona.
Wszystko nam natomiast wynagrodziła przepyszna kolacja w bazie i możliwość spania we własnym bazowym namiocie...


05.10.2008

Dziś o godzinie 10 czasu nepalskiego stanęłam na szczycie Manaslu. Resztę dnia schodziłam w dół zwijając obozy, tak że na kolecję byłam już w bazie. Czuję się bardzo zmęczona ale szczęśliwa. Dziękuje Wszystkim, którzy o mnie ciepło myśleli. WIęcej napiszę już jutro jak trochę odeśpie :) Kinga


04.10.2008

Najpierw wiadomość od Janka i Pawła (prosili by przekazać). Spotkaliśmy się dziś między trójką a dwójką, oni schodzili, ja podchodziłam do góry. Wczoraj atakowali szczyt, ale zabrakło im 50 m w pionie i jakieś 150 w poziomie. Była do zrobienia ostatnia grań, ale dość niebezpieczna i niestety nieubezpieczona. Nie chcieli ryzykować, a nie mieli ze sobą liny do lotnej asekuracji. Wielka szkoda, bo byli tak blisko no i wchodzili jako jedna z pierwszych ekip. Jednakże pozostalo oznajmili, że byli na szczycie (a zawrócili w tym samym miejscu co Janek i Paweł).
Jestem na wysokości 7450 m. Szliśmy tu około 5 godzin z dwójki. To dobry czas, ale ja czuję się jakbym szła tu ze 12 godzin :( Trudny ten odcinek, mimo że tylko 650 m przewyższenia, to w wielu miejscach oblodzony, spionowany, seraki wiszą nad głową. Używanie przednich zębów raków i czekana nie należy na 7000 do przyjemności. Jest cholernie wyczerpujące.
Spania tu raczej nie będzie na tej wysokości, ale przynajmniej chcemy odpocząć trochę przed atakiem szczytowym, który rozpoczniemy już dziś w nocy. Proszę trzymajcie kciuki i myślcie ciepło. Kinga z obozu III na Manaslu.


03.10.2008

Dwójka 6800 m. Druga noc tutaj. Jutro ruszamy zakladać trójkę na 7400 m. a dalej... Jak Opatrzność i pogoda pozwolą. Pogoda ma być tylko do niedzieli.


02.10.2008

Dziś wychodzimy znów do góry. Jak najwyżej się da. Wykorzystujemy pogodę, bo potem niewiadomo kiedy będzie następne okno pogodowe. A tu jak nie ma pogody – to znaczy, że codziennie pada pół metra śniegu, bo monsun się jeszcze nie skończył.
W ekipach lekka nerwówka. Pakowanie, krzątanie, ładowanie baterii...
Do usłyszenia... I trzymajcie mocno kciuki za to moje kilkudniowe wyjście.

Film z obozu II:



01.10.2008

Wyjście do obozu drugiego


30.09.2008

Dziś wróciliśmy z dwójki. Założyliśmy ją wysoko – bo na 6800 m n.p.m. Nie wszystkie zespoły się na to decydują, część która nie dała rady podejść tak wysoko, rozstawiała swoje namioty na 6400 m, stąd na Manaslu – są albo cztery, albo trzy obozy.
My zdecydowaliśmy się podejść wyżej, ale z drugiej strony spanie tak wysoko (bo prawie 7 tys.!) nie należy do najprzyjemniejszych. Noc – pod hasłem: pobolewa głowa, spanie byle jakie, zimno, strach wychodzić z namiotu za potrzebą. Do dwójki szliśmy około 5 godzin (ponad 1 tys. metrów przewyższenia), a nawet co poniektórzy szybciej.
Pogoda w kratkę. W dwójce widać było nie dalej jak na 10 metrów. Część osób chce wykorzystać nadchodzące okno pogodowe i nawet bez aklimatyzacji (z butlami z tlenem) próbować wejść na szczyt. My nie używamy tu tlenu, stąd też musimy (i chcemy) się aklimatyzować.
Są też bardzo nieliczne zespoły (te z wcześniejszego przyjazdu tutaj), które mają jedną (a nawet dwie) noce w dwójce. Jednakże ci z kolei nie mają żadnego sprzętu w dwójce, to znaczy mają, ale pod dwu i półmetrową warstwą śniegu. Nie wiadomo co gorsze.
Całe Manaslu…


2
7.09.2008

Pierwszy dzień bez opadów!!! Jest to coś, czego już nawet nie pamiętam… Można wysuszyć śpiwór na słońcu i materac… Niesamowite. Piękne niebieskie niebo, tak jakby nowe siły wstąpiły w ludzi.
Przez cały dzień słychać też huk spadających lawin. Jest teraz bardzo niebezpiecznie – po tych wielu wielu dniach codziennych opadów. Trzeba trochę odczekać, by śnieg się związał, w miejscach lawiniastych pospadał. Szczególnie odcinek do dwójki – bardzo niebezpieczny. Sypie się stamtąd ciągle.
Jeśli pogoda się utrzyma – chcemy ruszyć jutro wyżej. Nie wiemy co zastaniemy w obozie I, czy namioty jeszcze widać, ale chcemy już się ruszyć. Wczoraj wieczorem dopadła nas głupawka od siedzenia i czekania w bazie.

Film z bazy i obozu I, część I:



Film z bazy i obozu I, część II:



2
6.09.2008

Bez zmian. Z tym, że psycha chyba słabsza w niektórych zespołach. To jest jak taka ‘gra’: dam sobie jeszcze tyle i tyle dni. Jak się nie zmieni do tego czasu…
Inna taktyka: no niestety, nie mam wyjścia (jest wytłumaczenie, więc nie ma wyrzutów sumienia). Mam bilet powrotny, w domu czeka praca, same deadliny (tak jakby nie było oczywiste, że w górach czeka się zawsze).
I jeszcze potrafię usłyszeć: Ty to masz dobrze, że możesz czekać, gdybym ja tak mógł… Odpowiadam, że również nie mogę, że to kwestia mego świadomego wyboru, decyzji, którą podjęłam, i że w tym momencie coś innego na tym cierpi a ja się na to świadomie godzę.
Nie wierzą. Myślą, że to tak wszystko samo, bezboleśnie, że ja to jestem szczęściarz, w czepku urodzona.
Odpowiadam: zostań, masz przecież takie same szanse… Nie trać energii na użalanie się na pogodę, nie masz na to wpływu. Niczego nie zmienisz, a tylko stracisz siły.
No, ale zawsze morale w swoich oczach wzrasta, gdy człowiek się nad sobą polituje. To kwestia mentalności, wychowania, że wszystko do kitu…
Zastanawiam się w duchu: po co tu przyjechali? Patrzą na mnie kątem oka, trochę jakby źli, że mam dobry humor.


2
5.09.2008

Kolejny dzień spędzony w bazie. Sypie non stop. W nocy – również akcja odśnieżanie, by nie połamało nam mesy i kuchni. Kucharze wstają co 2 godziny i zgarniają śnieg. Ja podtrzymuję dodatkowo mój namiot od środka kijkami, by nie zwalił mi się na głowę podczas snu, jak już to miało raz miejsce.
Ludzie się powoli wykruszają. Tu i ówdzie słyszy się o planowanych odwrotach. Ci którzy wynieśli jakiś sprzęt do dwójki, obawiają się, że stracili go bezpowrotnie.

Moi współziomale z kraju - Janek i Paweł (którzy początkowo mieli jechać na Cho Oyu), przynieśli mi książki. Ale się cieszę. I to jeszcze w dobrym guście – bo Kapuściński. Pierwsza klasa. Fajnie gdyby im się udało, chłopaki ostro i dzielnie tu walczą.


2
3.09.2008

Z życia w bazie. Zaczynamy powolutku uruchamiać naszą cierpliwość. Myślę, że gdyby to był mój pierwszy ośmiotysięcznik – bardzo bym się irytowała… Ale wszystko jest po coś. Ta wprawka z zeszłorocznej Dhaula pokazała mi, że nie można wszystkich ośmiotysięczników zdobywać w trzy tygodnie. Moja tegoroczna Dhaula – była rekordem – w bazie spędziłam miesiąc i to była najdłuższa dla mnie ekspedycja. No cóż, starzy wyjadacze powiedzą, że to nic, tak więc przełączam się na tryb: cierpliwość i jakoś na tych bateriach polecę.
Zdjęcia z Bazy i obozu I

Rytm wokół mnie hiszpański. Jestem otoczona na wskroś: Baskami, Katalończykami i wcześniej też Hiszpanami. To trzeba bardzo wyraźnie zaznaczyć, bo mimo, że wszyscy oni pochodzą z jednego kraju „Hiszpania” wcale się Hiszpanami nie czują. Znam już dość dokładnie te wszystkie niuanse, rozbieżności, dumę narodową…, to, że podobno Madryt zabiera dużo, w zamian nie oddaje nic, że władza zcentralizowana, a przecież własny język, historia, kiedyś własny kraj… Że ci lepiej wykształceni, ale za to zachowują się jak „chulo” (arogancko) itd.

Poza tym czas nam odmierza odkopywanie namiotów, czytanie książek, słuchanie muzyki i nie wkurzanie się na pogodę. Zdjęcia – oby Was nie zmyliły, są robione o 5.00 – 7.00 rano, to jest jedyna pora, gdzie (czasem!) nie pada, poza tym wtedy jest dobre światło.


21
.09.2008

Jakoś wyszarpaliśmy te parę godzin Manaslu i dotarliśmy do jedynki. We mgle i śnieżycy bardzo ciężko jest odnaleźć drogę bo trasa jest poprzecinana siatką szczelin. Trzeba bardzo uważać ale przede wszystkim dobrze jest mieć widoczność. W jedynce (ok 5750 m.) istne pobojowisko: widać tylko czubki namiotów albo nie widać ich wcale po ostatnim kilkudniowym opadzie.
Zwija się stąd już pierwsza ekspedycja (Amical - grupa Rafała Dumowica, komercyjna). Z powodu monsunu. Nie wierzą, że będzie lepiej a poza tym pewnie założyli za mało czasu jak na Manaslu. Ta góra wymaga ogromnej cierpliwości i dużo czasu.
PS. Poniżej film i mapka z trekkingu.



18.09.2008

Nie wyszliśmy do jedynki. W nocy tak padało, że złamał mi się maszt w namiocie i prawie mnie przygniotło ciężkim, mokrym śniegiem. Koszmarny monsun! Nie było jeszcze połowy dnia ze słońcem :(
Dziś po raz pierwszy poczułam, że chce mi się polskiego jedzenia (!). Dotarło to do mojego podniebienia... Tak naprawdę to nie powinnam narzekać, bo kucharza mamy znakomitego, ale co zrobić skoro nasze polskie żołądki przyzwyczajone są do zupełnie innych potraw...


17.09.2008

Dziś jest deszczowy dzień. Któryś z rzędu. To monsun, niestety jeszcze nie przeszedł. Pada codziennie – w nocy zazwyczaj śnieg, w dzień – śnieg z deszczem. Różne konfiguracje, ale ciągle pada. Wstajemy o 5.00 lub 6.00 rano by porobić jakiekolwiek fotki, bo tylko wtedy widać Manaslu.
Niestety nie możemy dłużej czekać w bazie, musimy się aklimatyzować. Chcemy wyjść jutro na parę dni, chociażby do jedynki na 5600 m Mam nadzieje, że ten plan się uda. Trzymajcie kciuki za pogodę i za ten monsun.... by wreszcie się skończył.
 

15.09.2008

W bazie sporo wypraw. Wzięło się to stąd, że ci którzy chcieli się wspinać w Tybecie, czyli na Cho Oyu i Shisha Pangma nie dostali tamże pozwolenia. Jak zwykle Chińczycy coś wykombinowali. Część grup przeniosła się więc na inne ośmiotysięczniki, niektóre z nich są praktycznie bez doświadczenia w Himalajach.
Dziś wyszłam wraz z częścią grupy do obozu I. Założyliśmy jedynkę oraz wynieśliśmy trochę ekwipunku. Oczywiście padał śnieg a niżej deszcz. Czuję się lekko zmęczona po tej ‘przebieżce’ na 5700 m z plecakiem, ale ważne by się stopniowo aklimatyzować.


14.09.2008

Wczoraj dotarliśmy do bazy. Uffff!!!!! Ile to dni trwało…!
Nie było łatwo się wydostać z Sama. W tej wiosce następuje zmiana tragarzy, stad bierze się miejscowych którzy są w stanie wspiąć się na 4850 m n.p.m. Mimo, że umówiliśmy się z nimi na 6 rano, to same negocjacje trwały parę godzin. Od nowa też trzeba było ważyć wszystkie nasze bagaże, przekładać ekwipunek, bo tu za dużo, tu za mało…
Tragarze z Sama Gon są niestety monopolistami w tym regionie, no i targi z nimi są też ciężkie.
Nie wszyscy nasi trekkersi, którzy idą też z nami dotarli na tę wysokość. Ostry ból głowy zawrócił ich z połowy drogi. Część też pochorowała się z racji wilgoci która jest tu wszechobecna. Wszędzie słychać kichanie.
Założyliśmy bazę w kompletnym deszczu, i jakbym się zastanowiła, to chyba nie mieliśmy ani jednego ‘suchego’ dnia, by chociażby wysuszyć nasze rzeczy.
Dziś natomiast pobudowaliśmy sobie nasze ‘private tenty’, czyli każdy najpierw przygotowywał sobie platformę (zgodnie z zasadą: jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz), a potem mościł się ze swymi rzeczami w namiotach. Jednym słowem – dzień organizacyjny.

Zdjęcia z Trekkingu do bazy


Film z trekkingu do bazy:



12.09.2008
Już nie ma upałów. No może trochę, w dzień. Ale jest za to teraz dużo deszczu, w nocy nawet zimno. Wczorajszy cały dzień przeszliśmy w ulewie, zaczęło padać już w nocy, przyszliśmy do Sama totalnie przemoczeni. Samagon to ostatnia miejscowość na trasie do bazy pod Manaslu. Jest położona na wysokości 3500 m i do bazy mamy stąd jeszcze ponad tysiąc metrów podejścia. Jest tu też prąd (!) przez parę godzin co jest rzadkością na tej trasie. Jakoś też przetrwałam ten prawie tygodniowy trekking bez swego ekwipunku. Po drodze przez ostatnie dni mijaliśmy całą masę wiosek, zamieszkanych już tylko przez Tybetańczyków. Jesteśmy tuż przy granicy z Chinami, a raczej z Tybetem i widać to na każdym kroku... Mnóstwo miejsc kultu Buddy.
Zobaczyłam wczoraj wieczorem po raz pierwszy Manaslu. Wygląda lepiej niż na zdjęciach, nawet nie przypuszczałam! Dziś też mieliśmy puję - czyli specjalny ceremoniał buddyjski, podczas którego modliliśmy się za pomyślność naszej wyprawy. Każdy po swojemu, w duchu. Jutro rano zaś ruszamy do bazy na ok 4800 m., więc ta pomyślność bardzo nam się przyda.


10.09.2008

Upały, upały, upały. W ciągu dnia idziemy pod parasolami by już od pierwszych dni nie stracić skóry, od początku też używamy najwyższych filtrów ale i tak nie da się upilnować każdego kawałka na skórze. Mieliśmy noclegi po drodze w: Soti, Khola, Machhakhola, Jagat i dziś w Deng. Jutro ruszamy do Namrung. Dziennie idziemy średnoi ok 8 godz, razem z naszymi tragarzami. Idziemy równo z nimi by mieć pewność, że wszystkie nasze bagaże dotrą do bazy z nami. Myślę że za 3 dni powinniśmy wreszcie do tej bazy dotrzeć. Upalne i uciążliwe czasem przez to dni wynagradzają nam piękne widoki oraz dobra atmosfera w grupie hiszpańskiej razem z którą podążam. Mój zaginiony bagaż ma podobno polecieć helikopterem do bazy (mam nadzieję, że tak się stanie). Pozdrawiam Was z przepięknego Nepalu :)
 


Mapka trekkingu do bazy

 
06.09.2008
Dziś dotarliśmy do Soti Khola. Straszny upał! Już o 7 rano z nas wszystkich lał się pot i nawet najwięksi saunowi twardziele mieliby problemy z wytrwaniem w tym ukropie :(
Jesteśmy zaledwie na ok. 700 m wysokości, do bazy na 5 tys. jeszcze kawał drogi. Mijamy mnóstwo wiosek wyjętych jak z XIX w. Idziemy pod górę, wzdłuż rzeki Budhi Gandaki i dzięki temu możemy pod koniec dnia się wykąpać. Jest to chyba najfajniejszy moment dnia, wejść po tym skwarze do zimnej wody.
Przylgnął do mnie utwór Anny Marii Jopek i Pata Methenego 'Tam gdzie nie sięga wzrok'. Towarzyszy mi wiernie podczas długich marszów w stronę Manaslu.
 

05.09.2008
Jestem dziś w drodze do bazy. Czeka mnie około 10 dni marszu. Nie można już było dłużej czekać na bagaż, tym bardziej, że w ogóle nie było wiadomo, czy dotrze. Tak więc pokupowałam różne rzeczy w Kathmandu bo jedyna co miałam przy sobie to jeansy i koszula. Na szczęście dziś (podobno!) moje reczy odnalazły się w Mediolanie. Przy tej okazji dziękuję pewnej osobie za osobiste zaangażowanie by go odnleźć.Muszę jeszcze wykombinować jak go dotransportować do bazy, gdy wreszcie pojawi się w Kathmandu. Jakoś będize mnie gonił..
Dziś mieliśmy dotrzeć samochodem z Kathmandu do Arughat ale od połowy droga była już nieprzejezdna. Spotkał nas nieprzewidziany kilkugodzinny marsz, a do Arughat nawet nie dotarliśmy. Jest potwornie gorąco, duszno i parno - jak w saunie. Odczuwalnie jakby ze 40 st. 



03.09.2008
Wczoraj dotarłam do Kathmandu, o 16.30 czasu miejscowego. Już na lotnisku okazało się, że nie ma mojego bagażu. Ciężka sprawa :(
Ekwipunek na wyprawę na ośmiotysięcznik starannie się przygotowuje i tak naprawdę ciężko jest go w Kathmandu czymś sensownym zastąpić. Tym bardziej przy moim wzroście...
Na razie ani widu ani słychu. W żadnym porcie lotniczym jak na razie nie znaleziono moich rzeczy i prawdę mówiąc nie wiem co tu zrobić: czy czekać jeszcze jeden dzień, czy też kompletować wszystko od nowa. Tym czasem chodzę w tym, w czym wyjechałam z Polski, pożyczając od przyjaciół jakieś T-Shirty :(



25.08.2008
Ostatnie miesiące to była głównie regeneracja po Dhaulagiri oraz ciężkie przygotowania do następnej wyprawy - na Manaslu. To było też moje pierwsze lato od kilku sezonów spędzone w Polsce. Moja wyprawa zaplanowana na lato, została przełożona na jesień. Miałam jechać na Manaslu z Kasią Skłodowską, którą pamiętacie z Dhaula, niestety nie mogła ze względów zawodowych, tak więc wyruszymy gdzieś razem w przyszłym roku.
Dokładnie za tydzień wsiadam w samolot i lecę do Kathmandu. W tej chwili dopinam wszystkie niezbędne formalności związane z ekspedycją na Manaslu. Oj dużo ich... i pewnie dopiero w samolocie poczuję, że wyprawa się rozpoczęła.
A więc start - 1 września.

 

 
 


Fot. Ferran Latorre

 
     
kontakt     linki     sponsoring
© copyright 2002-2009 Kinga Baranowska