|
Relacje z poprzedniej wyprawy na Dhualagiri 2008, Dhualagiri 2007, Nanga Parbat 2007, Mount McKinley 2007 |
|||
|
MANASLU Manaslu (8156 m, w niektórych źródłach również 8163 m) - szczyt w Himalajach Nepalu. Obecna nazwa pochodzi z sanskryckiego słowa manasa oznaczającego ducha bądź duszę. Manaslu to zatem Góra Ducha. Jest ósmym co do wysokości szczytem świata i do tej pory niezdobytym przez żadną Polkę. Kinga Baranowska pierwszą Polką na Manaslu! 5 października o godz. 10 czasu lokalnego Kinga Baranowska stanęła jako pierwsza Polka na szczycie Manaslu (8163 m) położonym w Nepalu.
|
|
||
|
09.10.2008
26.09.2008 Bez zmian. Z tym, że psycha chyba słabsza w niektórych zespołach. To jest jak taka ‘gra’: dam sobie jeszcze tyle i tyle dni. Jak się nie zmieni do tego czasu… Inna taktyka: no niestety, nie mam wyjścia (jest wytłumaczenie, więc nie ma wyrzutów sumienia). Mam bilet powrotny, w domu czeka praca, same deadliny (tak jakby nie było oczywiste, że w górach czeka się zawsze). I jeszcze potrafię usłyszeć: Ty to masz dobrze, że możesz czekać, gdybym ja tak mógł… Odpowiadam, że również nie mogę, że to kwestia mego świadomego wyboru, decyzji, którą podjęłam, i że w tym momencie coś innego na tym cierpi a ja się na to świadomie godzę. Nie wierzą. Myślą, że to tak wszystko samo, bezboleśnie, że ja to jestem szczęściarz, w czepku urodzona. Odpowiadam: zostań, masz przecież takie same szanse… Nie trać energii na użalanie się na pogodę, nie masz na to wpływu. Niczego nie zmienisz, a tylko stracisz siły. No, ale zawsze morale w swoich oczach wzrasta, gdy człowiek się nad sobą polituje. To kwestia mentalności, wychowania, że wszystko do kitu… Zastanawiam się w duchu: po co tu przyjechali? Patrzą na mnie kątem oka, trochę jakby źli, że mam dobry humor. 25.09.2008 Kolejny dzień spędzony w bazie. Sypie non stop. W nocy – również akcja odśnieżanie, by nie połamało nam mesy i kuchni. Kucharze wstają co 2 godziny i zgarniają śnieg. Ja podtrzymuję dodatkowo mój namiot od środka kijkami, by nie zwalił mi się na głowę podczas snu, jak już to miało raz miejsce. Ludzie się powoli wykruszają. Tu i ówdzie słyszy się o planowanych odwrotach. Ci którzy wynieśli jakiś sprzęt do dwójki, obawiają się, że stracili go bezpowrotnie. Moi współziomale z kraju - Janek i Paweł (którzy początkowo mieli jechać na Cho Oyu), przynieśli mi książki. Ale się cieszę. I to jeszcze w dobrym guście – bo Kapuściński. Pierwsza klasa. Fajnie gdyby im się udało, chłopaki ostro i dzielnie tu walczą. 23.09.2008 Z życia w bazie. Zaczynamy powolutku uruchamiać naszą cierpliwość. Myślę, że gdyby to był mój pierwszy ośmiotysięcznik – bardzo bym się irytowała… Ale wszystko jest po coś. Ta wprawka z zeszłorocznej Dhaula pokazała mi, że nie można wszystkich ośmiotysięczników zdobywać w trzy tygodnie. Moja tegoroczna Dhaula – była rekordem – w bazie spędziłam miesiąc i to była najdłuższa dla mnie ekspedycja. No cóż, starzy wyjadacze powiedzą, że to nic, tak więc przełączam się na tryb: cierpliwość i jakoś na tych bateriach polecę. Zdjęcia z Bazy i obozu I Rytm wokół mnie hiszpański. Jestem otoczona na wskroś: Baskami, Katalończykami i wcześniej też Hiszpanami. To trzeba bardzo wyraźnie zaznaczyć, bo mimo, że wszyscy oni pochodzą z jednego kraju „Hiszpania” wcale się Hiszpanami nie czują. Znam już dość dokładnie te wszystkie niuanse, rozbieżności, dumę narodową…, to, że podobno Madryt zabiera dużo, w zamian nie oddaje nic, że władza zcentralizowana, a przecież własny język, historia, kiedyś własny kraj… Że ci lepiej wykształceni, ale za to zachowują się jak „chulo” (arogancko) itd. Poza tym czas nam odmierza odkopywanie namiotów, czytanie książek, słuchanie muzyki i nie wkurzanie się na pogodę. Zdjęcia – oby Was nie zmyliły, są robione o 5.00 – 7.00 rano, to jest jedyna pora, gdzie (czasem!) nie pada, poza tym wtedy jest dobre światło. 21.09.2008 Jakoś wyszarpaliśmy te parę godzin Manaslu i dotarliśmy do jedynki. We mgle i śnieżycy bardzo ciężko jest odnaleźć drogę bo trasa jest poprzecinana siatką szczelin. Trzeba bardzo uważać ale przede wszystkim dobrze jest mieć widoczność. W jedynce (ok 5750 m.) istne pobojowisko: widać tylko czubki namiotów albo nie widać ich wcale po ostatnim kilkudniowym opadzie. Zwija się stąd już pierwsza ekspedycja (Amical - grupa Rafała Dumowica, komercyjna). Z powodu monsunu. Nie wierzą, że będzie lepiej a poza tym pewnie założyli za mało czasu jak na Manaslu. Ta góra wymaga ogromnej cierpliwości i dużo czasu. PS. Poniżej film i mapka z trekkingu. 18.09.2008 Nie wyszliśmy do jedynki. W nocy tak padało, że złamał mi się maszt w namiocie i prawie mnie przygniotło ciężkim, mokrym śniegiem. Koszmarny monsun! Nie było jeszcze połowy dnia ze słońcem :( Dziś po raz pierwszy poczułam, że chce mi się polskiego jedzenia (!). Dotarło to do mojego podniebienia... Tak naprawdę to nie powinnam narzekać, bo kucharza mamy znakomitego, ale co zrobić skoro nasze polskie żołądki przyzwyczajone są do zupełnie innych potraw... 17.09.2008 Dziś jest deszczowy dzień. Któryś z rzędu. To monsun, niestety jeszcze nie przeszedł. Pada codziennie – w nocy zazwyczaj śnieg, w dzień – śnieg z deszczem. Różne konfiguracje, ale ciągle pada. Wstajemy o 5.00 lub 6.00 rano by porobić jakiekolwiek fotki, bo tylko wtedy widać Manaslu. Niestety nie możemy dłużej czekać w bazie, musimy się aklimatyzować. Chcemy wyjść jutro na parę dni, chociażby do jedynki na 5600 m Mam nadzieje, że ten plan się uda. Trzymajcie kciuki za pogodę i za ten monsun.... by wreszcie się skończył. 15.09.2008 W bazie sporo wypraw. Wzięło się to stąd, że ci którzy chcieli się wspinać w Tybecie, czyli na Cho Oyu i Shisha Pangma nie dostali tamże pozwolenia. Jak zwykle Chińczycy coś wykombinowali. Część grup przeniosła się więc na inne ośmiotysięczniki, niektóre z nich są praktycznie bez doświadczenia w Himalajach. Dziś wyszłam wraz z częścią grupy do obozu I. Założyliśmy jedynkę oraz wynieśliśmy trochę ekwipunku. Oczywiście padał śnieg a niżej deszcz. Czuję się lekko zmęczona po tej ‘przebieżce’ na 5700 m z plecakiem, ale ważne by się stopniowo aklimatyzować. 14.09.2008 Wczoraj dotarliśmy do bazy. Uffff!!!!! Ile to dni trwało…! Nie było łatwo się wydostać z Sama. W tej wiosce następuje zmiana tragarzy, stad bierze się miejscowych którzy są w stanie wspiąć się na 4850 m n.p.m. Mimo, że umówiliśmy się z nimi na 6 rano, to same negocjacje trwały parę godzin. Od nowa też trzeba było ważyć wszystkie nasze bagaże, przekładać ekwipunek, bo tu za dużo, tu za mało… Tragarze z Sama Gon są niestety monopolistami w tym regionie, no i targi z nimi są też ciężkie. Nie wszyscy nasi trekkersi, którzy idą też z nami dotarli na tę wysokość. Ostry ból głowy zawrócił ich z połowy drogi. Część też pochorowała się z racji wilgoci która jest tu wszechobecna. Wszędzie słychać kichanie. Założyliśmy bazę w kompletnym deszczu, i jakbym się zastanowiła, to chyba nie mieliśmy ani jednego ‘suchego’ dnia, by chociażby wysuszyć nasze rzeczy. Dziś natomiast pobudowaliśmy sobie nasze ‘private tenty’, czyli każdy najpierw przygotowywał sobie platformę (zgodnie z zasadą: jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz), a potem mościł się ze swymi rzeczami w namiotach. Jednym słowem – dzień organizacyjny. Zdjęcia z Trekkingu do bazy
|
|||
|
© copyright 2002-2009 Kinga Baranowska |