kinga baranowska
      wyprawy    reportaże    galerie    o mnie    fotoblog
     
 

Relacje z poprzednich wypraw na Dhualagiri 2007, Nanga Parbat 2007, Mount McKinley 2007

 
     
  Dhaulagiri
Dhaulagiri ("Biała Góra") - szczyt w Himalajach o wysokości 8167 m n.p.m. oddzielony od pobliskiej Annapurny głęboko wciętą doliną rzeki Kali Gandaki.
Jest siódmym co do wysokości ośmiotysięcznikiem świata i do tej pory
niezdobytym przez żadną Polkę.
Relacja z poprzedniej wyprawy na Dhaulagiri 2007.


Podziękowania
Powinnam była to zrobić oczywiście wcześniej, ale mam nadzieje, że zostanie mi to wybaczone. Pierwsze tygodnie po wyprawie, to tak naprawdę łatanie zaległości, a tych jest mnóstwo!

Kasi już dziękowałam, ale zrobię to jeszcze raz. Kasiu, mimo, iż nie było Ci tam łatwo, to zachowywałaś się BARDZO dzielnie. Dziękuje za te parę wspólnych tygodni i mam nadzieję, że powtórzymy to już niebawem :)

Podziękowania dla Radka i Zdenka (www.radekjaros.cz), za to że byli tacy fajni. Za miły czas spędzony razem od Katmandu, poprzez bazę i wyżej, za ich profesjonalizm, perfekcyjne przygotowanie, za to byli zawsze chętni do pomocy, za wspólny śmiech w mesie i dobrą kawę :)

Szerpom. My ich co prawda nie miałyśmy, ale miały ich inne wyprawy. I to oni napracowali się na tej górze najwięcej – głównie ci z ekspedycji hiszpańskiej. Wynieśli i założyli większość poręczy na tej górze. Uczestniczyli w kilku akcjach ratunkowych, wynosili tlen dla chorych. Nie można o nich zapominać.

Wszystkim życzliwym nam ludziom z różnych ekspedycji na tej wyprawie. A było ich wielu.

Moim Przyjaciołom i Rodzinie, za to, że są ze mną. Zawsze.

Maćkowi Kołosińskiemu
, za to, że mimo swych wytężonych startów w regatach Pucharu Świata i Pucharu Polski (www.atomic.sails.pl, www.polishmatch.pl), znajdował czas by dbać o moją stronę www; wrzucał na bieżąco relacje, by był kontakt ze światem.

Krzyśkowi Skłodowskiemu, że zadbał o całą oprawę graficzną i medialną podczas przygotowań do wyprawy (www.sklodowski.pl). Krzyś jest rewelacyjnym fotografem oraz grafikiem. Robi też niesamowite trójwymiarowe panoramy.

Martynie Pawelec, Marzenie Michałek, Anecie Lange i Pawłowi Byra
z firmy EXATEL za zaangażowanie, energię i pomoc, jakie włożyli w przygotowania mojej wyprawy od strony medialnej i PR. Dodatkowo Marzenie i Martynie za ciepłe smsy, słowa otuchy i ten przefajny prezent jaki dostałam od Was po przyjeździe :)

Firmie EXATEL (www.exatel.pl) oraz ALPINUS (www.alpinus.pl). Za to, że mnie wspierają i że dzięki nim mogę realizować moją górską pasję. Bez nich nie byłoby tych wypraw. Kasia by pewnie dołączyła tu jeszcze firmę RAST z Olsztyna (www.rast.com.pl), która jej pomagała.

Moim patronom medialnym, którzy na bieżąco relacjonowali postępy z wyprawy, a w szczególności portalowi Onet.pl, Radiu PIN, Radiu JAZZ, Radiu ZET, TVN nSport, portalowi Wspinanie.pl, agencji PR NewsPR, górskim magazynom GÓRY i npm, portalom turnia.pl, e-gory.pl, wspinaczki.pl

Naszym Klubom Wysokogórskim w Warszawie (www.kw.warszawa.pl) i Olsztynie (www.kw.olsztyn.pl), a w szczególności Marcinowi Miotk, Arturowi Paszczakowi i Jerzemu Pepol.

Wszystkim, którzy w nas wierzyli, myśleli o nas, wspierali, trzymali za nas kciuki. Naszym Bliskim. Tym, którzy pomagali w organizacji i wielu „małych” rzeczach, które tak naprawdę składają się na sukces wyprawy.

Dziękuję! :)


   MEDIA
o Kindze i Kasi

 

 



 


Łączność satelitarną zapewnia
operator telekomunikacyjny EXATEL



Sprzęt na wyprawę dostarczył ALPINUS



Firma RAST

 
   
   
   
 


26.05.2008

Czas na małe podsumowanie...

Kasi (napisane jeszcze w Katmandu):

Na tej wyprawie dotarłam prawie do obozu III (wys. ok. 7100-7200 m).
Idąc z obozu II do góry, czułam, że jestem bardzo słaba, tak więc podjęłam decyzję o zawróceniu do dwójki. Był to ostatni moment, gdy mogłam to zrobić o własnych siłach, nie angażując do pomocy nikogo z zewnątrz, a tym samym nie odbierając nikomu szansy wejścia następnego dnia na szczyt.
Kinga była wyżej, nie widziała, że zawracam. Została w trójce z połową namiotu i innego ekwipunku, którym się podzieliłyśmy. Jakoś wybrnęła.. Postanowiłam na nią poczekać w obozie II, aż zejdzie z wierzchołka.

Ogromnie się cieszę, że udało jej się zdobyć wymarzoną Górę i tym samym nasz kobiecy zespół – odniósł ogromny sukces! :)

Moja słaba kondycja fizyczna na pewno była związana z ogromnym stresem. Podczas tej wyprawy dowiedziałam się, że moja Mama nie żyje. To było i jest nadal cały czas bardzo trudne.
(….)

Straciłam też jedno wyjście do jedynki, gdyż poważnie rozchorowałam się w bazie i musiałam brać antybiotyk.
Drugiej próby ataku szczytowego nie podjęłam, mimo, iż początkowo miałam taki zamiar. Przyczyn było kilka. Pierwsza z nich, to ograniczony czas (praca i rodzina), ale też były inne powody… Ważne jest mimo wszystko, z kim ma się ten szczyt zdobywać, a tu już niewiele osób zostało..
Nie była to łatwa decyzja, ale z perspektywy kilku dni, myślę, że dobra.
Do usłyszenia!
Kasia


Kingi
Kończy się moja przygoda z Dhaulagiri. To będzie dla mnie szczególna Góra. Z kilku względów:
- ze względu na Kasię, z którą to miałam przyjemność się wspinać; udało nam się stworzyć kobiecy team i widzę, że był to bardzo dobry pomysł. Cieszę się, że los tak się ułożył, że stało się jak się stało. Dla Kasi była to najtrudniejsza wyprawa w życiu, bo zmarła Jej Mama. To dla niej Kasia się tam wspinała i zmagała ze sobą.

Kasiu – to był prawdziwy zaszczyt móc się razem wspinać. Dziękuję bardzo za wszystkie radosne momenty (nasz, a szczególnie Twój śmiech pewnie było słychać na kilometr :), ale też za te trudne, kiedy kapały łzy. Była to dla nas Wielka Lekcja. Myślę, że wyniosłyśmy z niej bardzo wiele. Mam nadzieję, że jeszcze wrócimy razem w góry.

- ze względu fajny team w bazie – Radka i Zdenka. Z tego miejsca dziękuje za wszystkie miłe momenty, a tych było codziennie mnóstwo. Za fajną atmosferę, bo to ona też powoduje o naszej motywacji i chęci do działania w górach.
Radkowi za jego optymizm, spręż, wolę walki, profesjonalizm, pomoc niesioną innym, puszczanie czeskich piosenek w mesie, opowiadanie dowcipów po czesku i codzienne robienie dla nas kawy w specjalnym samowarze..
A Zdenkowi za bycie leaderem naszej czwórki i organizatorem naszej wyprawy. Za profesjonalizm, ogromną wiedzę, ciekawe rozmowy i śmianie czasem do łez z niuansów językowych polskiego i czeskiego...

- ze względu na to, że zmagałam się z Białą Górą po raz drugi. Kiedy dotarłam do bazy, czułam się tak, jakbym z niej nie odchodziła. Jakby moja wyprawa, kiedy byłam tam z Dodo Kopoldem jesienią była kontynuacją tamtej. Wiedziałam jedno: że takich jakich osób jak ja, które próbują po raz drugi jest więcej, i są to osoby bardzo dobre. Wielu z nas się nie udało. Ta góra nie jest prosta. Muszę podejść do niej z wielkim respektem, ale.. nie odejdę stąd, dopóki nie zrobię wszystkiego co w mojej mocy, by wejść na jej wierzchołek.

I pewnie jeszcze parę rzeczy by się znalazło, ale o tym pewnie powstaną jakieś artykuły, np. o różnych zachowaniach ludzkich.
Jedno, co mogę powiedzieć na pewno, to to, że jeszcze lepiej się poznałam. W różnych, czasem bardzo trudnych sytuacjach np. niesienia pomocy innym. Może i płaci się za to wysoką cenę, ale.. chyba i tak najcenniejsze jest to, że można sobie potem spokojnie spojrzeć na siebie w lustro.
Kinga


08.05.2008
Kinga Baranowska i Kasia Skłodowska lądują jutro, 9. maja, na lotnisku Okęcie o godzinie 9:00. Przylatują liniami Finnair z Helsinek.


07.05.2008
5 maja miałyśmy z Kasią opuścić BC. Niestety, helikopter nie wylądował z powodu złej widoczności, mimo, iż próbował to uczynić kilka razy.
Kilka godzin spędziłyśmy na lądowisku marznąc okrutnie :(
Resztę dnia spędziłyśmy gościnnie u rodaków (ale to brzmi :): Artura, Rysia, Roberta i Piotra, którzy częstowali nas smakołykami z Polski.
Następnego dnia helikopter przyleciał. Tak wcześnie, że ledwo na niego zdążyłyśmy.
Słuchajcie, to przedziwne uczucie, znaleźć się po godzinie (!) znów w cywilizacji po wielu tygodniach przebywania na lodowcu. Poza tym ten skok temperatury o kilkanaście stopni! Rozbierałyśmy się z ‘puchówek’ w helikopterze i nagle jakoś poczułyśmy się dziwnie, że to już, tak szybko ta cywilizacja..?? Tak bardzo chciałyśmy już stamtąd się wyrwać, a tu nagle.. gdy znalazłyśmy się w miejskim gwarze (to mało powiedziane!), hałasie Katmandu, miałyśmy ochotę czym prędzej ponownie znaleźć się w górach…
(….)
Pierwsze, co sobie z Kasią kupiłyśmy, to… kiecki. Tak! Po prawie 5 tyg. chodzenia w puchowych rzeczach i wyglądzie Sigmy i Pi, trzeba było sobie to zrekompensować, choć w części.
Wieczorem zostałyśmy zaproszone na przyjęcie na cześć Ivana Valejo z Ekwadoru – który swym wejściem na Dhaulagiri zakończył zdobywanie Korony Himalajów, czyli wszystkich 14 ośmiotysięczników. Nieoficjalna część imprezy odbywała się do późnych godzin nocnych w Tom & Jerry na Thamelu (to dla wtajemniczonych :).

Życzymy wszystkim wyprawom, a szczególnie Polakom, którzy walczą jeszcze pod Dhaula dobrej pogody, sił, motywacji – by szczęśliwie weszli na szczyt i zeszli bezpiecznie do bazy.


06.05.2008
Samo zdobywanie szczytu trwało dość długo. Dhualagiri jest wyczerpująca, skomplikowana logistycznie i bardzo wymagająca. Pierwszego maja, przed czwartą rano wyruszyłam w stronę szczytu. Po drodze było dość zimno, a na szczycie stanęłam po 15 czasu lokalnego, na szczęście w słonecznej choć bardzo wietrznej pogodzie i zimnie. Byłam tam zaledwie parę minut, gdyż nie dało się wystać z zimna.
Podczas zejścia ze szczytu wraz z Martą z Hiszpanii pomagałam schodzić dwójce wspinaczy, którzy poruszali się niesłychanie wolno, byli bardzo słabi a dodatkowo jednemu z nich zepsuła się czołówka. Niestety z tego powodu, czekając na nich, przymroziłam sobie palec u stopy, zaś Marta – palce u dłoni.
W tym miejscu chciałabym podziękować lekarzowi Robertowi Szymczakowi, mojemu koledze jeszcze z czasów KW Trójmiasto, za profesjonalną opiekę medyczną.
Następnego dnia jeden z Katalończyków zginął w zejściu. Drugiemy, któremu myśmy z Martą pomagały dnia poprzedniego tym razem pomagał schodzić Radek Jarosz. Powiem szczerze, że ... byliśmy i jesteśmy mówiąc delikatnie bardzo podłamani tą sytuacją.
(...)
Tego samego dnia na szczycie stanęła między innymi Gerlinde Edurne, Ivan Valejo (zakończył swą Koronę Himalajów), Valerij Babanow i inni. Tak więc 1. maja był dniem szczególnym dla wielu wspinaczy. Tak jak wspominałam wcześniej – wielu z nich próbowało zdobyć Dhualagiri już któryś raz z rzędu.
Dla mnie również zdobywanie szczytu trwało od września 2007 roku. 1 maja 2008 roku zakończyłam zdobywanie Białej Góry. Jako pierwsza Polka. Chyba zaczyna to do mnie powoli docierać. Kasia z powodu złego samopoczucia nie zdecydowała się na zdobywanie Białej Góry.













05.05.2008
Kinga Baranowska pierwszą Polką na DHAULAGIRI!

1 maja 2008 po długim i wyczerpującym ataku szczytowym, przeprowadzonym w towarzystwie śmietanki światowego himalaizmu (m.in. Valery Babanov, Gerlinde Kaltenbrunner, Edurne Pasaban, Ivan Vallejo), Kinga Baranowska (Alpinus Expedition Team, KW Warszawa) jako pierwsza Polka w historii stanęła na wierzchołku siódmego co do wysokości szczytu świata - DHAULAGIRI (8167 m n.p.m.). W krótkiej informacji telefonicznej z bazy, Kinga przekazała, że powrót ze szczytu był dramatyczny i wolny, ponieważ Kinga pomagała schodzić wyczerpanym Hiszpanom. Godne podkreślenia jest to, że to już druga na tej wyprawie pomoc Kingi udzielona innym wspinaczom. Partnerka Kingi – Kasia Skłodowska nie weszła na szczyt, ale czuje się dobrze i również odpoczywa już w bazie.


Kinga na szczycie Dhaulagiri – 1 maja 2008 roku.


Do tej pory górę tą zdołało pokonać 12 Polaków:
- 1980 r. - Wojciech Kurtyka i Ludwik Wilczyński
- 1983 r. - Mirosław Gardzielewski, Jacek Jezierski, Tadeusz Łaukajtys i Wacław Otręba
- 1985 r. - Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka - pierwsze wejście zimowe
- 1990 r. - Krzysztof Wielicki
- 1994 r. - Piotr Pustelnik i Józef Goździk
- 2008 r. – Kinga Baranowska


03.03.2008

1. maja 2008 stanęłam na szczycie Dhaulagiri. Jestem już z powrotem w bazie. Więcej informacji wkrótce.


25.04.2008
Od kilku dni czekamy jak w blokach startowch by wyjść do góry. Spłoszyły nas niedobre prognozy pogody, które dostaliśmy z kilku sprawdzonych źródeł m.in. z Instytutu Meteo Insbrucka.
Ażeby działać powyżej 7 tyś. metrów, potrzebujemy kilku dni dobrej pogody, tzw "okna pogodowego". Chcemy z Kasią założyć obóz III na wysokości ok. 7300 - 7400 m., zaś obecnie wieje tam z prędkością ponad 120 km/h.
Od kilku dni jest też z nami w bazie Valerij Babanov, gdyż wycofał się z zachodniej ściany i będzie próbował wchodzić tak jak my, czyli północno - wschodnią granią. Nie ma tu swojej mesy i przebywa u nas wraz "so swoim drugom".
Cierpliwość to cecha, która bardzo się w górach przydaje. Tu wszystko jest uzależnione nie od nas ale od np. pogody. To ona dyktuje warunki. Nie jesteśmy w stanie niczego przyspieszyć ani zmienić. Żadna karta kredytowa, ani wpływowy znajomy, na nic tu się nie zdają. Liczą się natomiast cierpliwość, wola walki, nieustająca motywacja, czyli jak to się w naszym środowisku mówi: "spręż".
My z Kaśką go jeszcze mamy na szczęście. Ale nie zaszkodzi jak będizecie trzymać kciuki za nasze kolejne wyjście do góry.

Relacja Kingi w radiu PIN 102 FM (autor Dariusz Urbanowicz).


24.04.2008
Kilka fotek.


Droga do obozu I


 

23.04.2008 - relacja Kasi
Jak wysokość wpływa na samopoczucie?
Im wyżej tym mniej tlenu - to powoduje, że każdy wysiłek fizyczny nawet najmniejszy np. założenie butów wymaga wykonania głębokich oddechów i uczucie duszności. Wysoko w górach serce bije szybciej i oddychamy szybciej, naturalnym mechanizmem adaptacji do wysokości jest również zagęszczenie krwi, czyli w pierwszej kolejności siusiamy więcej, następnie organizm produkuje większą ilość krwinek czerwonych. Utrata płynów zwłaszcza przy dużym wysiłku fizycznym, jakim jest dźwiganie ciężkiego plecaka pod górce może spowodować błyskawiczne odwodnienie i uczucie osłabienia. Trzeba cały czas pamiętać o piciu nawet, jeżeli nie mamy siły, aby rozpuszczać śnieg i gotować wodę.
Zagęszczenie krwi, niedotlenienie oraz gorsze krążenie stwarzają ryzyko zakrzepów, dlatego każdy wspinacz, jeszcze przed wyprawą, zaczyna łykać Aspirynę, która mówiąc potocznie: rozrzedza krew.
Niedostawanie organizmu do wysokości i zbyt szybkie wchodzenie może wywołać objawy choroby wysokościowej. Łagodna postać tej choroby wygląda zupełnie tak jak objawy kaca (ból głowy, nudności, osłabienie, czasami wymioty). Trzeba być bardzo czujnym i uważnie wsłuchiwać się w swój organizm, aby nie nabawić się groźniejszej choroby związanej z wysokością a mianowicie obrzęku płuc lub obrzęku mózgu.
Obrzęk płuc objawia się dusznością, kaszlem, wykrztuszaniem krwistej wydzieliny. Obrzęk mózgu objawia się nieadekwatnym do sytuacji zachowaniem, sennością, stopniowym ograniczeniem świadomości, aż do śpiączki. Co wówczas robić? Jeżeli jest to możliwe, jak najszybciej schodzić w dół, każde 100 metrów poprawia stan chorego. Leki są drugorzędne, jednak w przypadku braku możliwości natychmiastowego zejścia, również mogą uratować życie.
Znalazłyby się jeszcze inne zagrożenia, takie jak udar słoneczny (w górach podobno jeszcze nikt z gorąca nie umarł) i ślepota śnieżna. Przed tym jednak łatwo się uchronić, wystarczy solidne okrycie głowy i specjalistyczne okulary.
Wychłodzenie organizmu oraz odmrożenia to oddzielny rozdział, może innym razem o tym opowiemy i oby nie z własnego doświadczenia.
Koniec końców pijemy dużo płynów i przez to w nocy musimy wychodzić dużo razy z namiotu. Wystawiać wiadomą część ciała na śnieg i mróz a potem wracać do śpiwora z majtkami pełnymi nawianego śniegu. I tu faceci mają łatwiej.


21.04.2008 - relacja Kasi
W czwartek, 17.04, po siedniu dniach spędzonych w Bazie wyszłam do góry. Kinga była już wcześniej w obozie I, ja niestety chorowałam (wysoka temperatura, antybiotyk). To, plus ciężki plecak, spowodowało, że droga do obozu pierwszego ciągnęła się w nieskończoność.
Początkowo idzie się około 200 m ostro do góry, następnie trawersuje się pod tzw. Eikerem. Jest to „czujne” miejsce ze względu na spadające kamienie. Potem kluczy się między szczelinami aż do wysokości 5800 m., gdzie znaduje się obóz I.
W połowie drogi, Kinga widząc moją niemoc, wzięła ode mnie namiot. Gdy dowlokłam się na miejsce namiot był już rozstawiony.
Kolejnego dnia poszłyśmy do obozu II. O dziwo, mimo że było to 1000 m. wyżej, czułam się świetnie. Do dwójki doszłyśmy równo z Czechami.
Wykopałyśmy platformę, rozbiłyśmy się w przytulnym miejscu, osłoniętym od wiatru, pod przewieszonym serakiem, na wysokości ok. 6800 m. Przyjemnie było sobie ugotować herbatę ze śniegu w ciepłym śpiworze.
Następny dzień miał być „restowy”, ale niestety taki się nie okazał. Późnym popołudniem okazało się, że Artuj Hajzer ma objawy obrzęku mózgu. W takich sytuacjach liczy się czas, gdyż chory nie kontroluje w danym momencie sytuacji, liczy się każda minuta. Pomogłyśmy mu się ubrać, zaczęłyśmy organizować od Hiszpanów linę do asekuracji Artura (zareagował Ferran Latorro), a także wzywać pomoc przez krótkofalówkę.
Kinga wraz z Radkiem Jarosem z Czech zaczęła schodzić po stromej grani w dół asekurując Artura. Wzięła też dodatkowe rękawice puchowe oraz lekarstwa w zastrzykach i ciepłe picie dla Artura. Po długich nawoływaniach udało jej się skontaktować z obozem I, w którym był między innymi Ryszard Pawłowski. Upewniwszy się, że z jedynki wychodzi naprzeciw ekipa ratunkowa, będąc w połowie drogi między I a II, zaczęła ponownie podchodzić już nocą do obozu II. W jedynce niestety nie mamy prawie żadnego wyposażenia (śpiwora, karimaty), bo działamy tylko we dwie, bez wsparcia Szerpów i nie jesteśmy w stanie wynieść do każdego obozu całego ekwipunku.
Kinga wróciła do obozu II już w nocy, wraz z Ferranem, który dostarczył Radkowi i Arturowi GPS z zaznaczoną dokłądnie trasą do obozu I. Oboje byli potwornie przemarźnięci.
W międzyczasie okazało się, że Robert Szymczak, partner Artura oraz lekarz ich wyprawy nie zdecydował się schodzić do jedynki, z powodu bardzo złego samopoczucia, prawdopodobnie również związanego z wysokością.
Przez kilka godzin w nocy Kinga rozgrzewała się w namiocie, w tej sytuacji, następnego dnia nie zdecydowałyśmy się podchdzić do trójki ale zejść do Bazy na odpoczynek.

Pozdrawiam wszystkich przyjaciół oraz Koleżanki i Kolegów ze Szpitala Miejskiego w Olsztynie.
Kasia Skłodowska.


19.04.2008
Relacja Kingi w radiu PIN 102 FM (autor Dariusz Urbanowicz).


17.04.2008
Wychodzimy na parę dni bez telefonu.


14.04.2008
Wczoraj do bazy dotarła Gerlinde Kaltenbruner z Austrii. Gerlinde ma bodajże 10 szczytów ośmiotysięcznych, zaś Edurne Pasaban - 9. Obie już zmagały się Dhualagiri wcześniej lecz bez skutku. Kiedy przeszłam się po bazach to okazało się, że co najmniej dla 10 wspinaczy jest to 2-gie lub 3-cie podejście do tej góry.
Dziś rano mieliśmy uroczystość pudży. Bardzo ważną dla nas. Modliliśmy się o dobrą pogodę, o przychylność góry. Otrzymaliśmy błogosławieństwo oraz cały nasz ekwipunek został "poświęcony".
Jutro lub pojutrze wychodzimy z Kasią na pare dni by założyć dwójkę. Śniegu w górze jest bardzo dużo, więc nie wiemy jak nam pójdzie. Przede wszystkim chcemy się dobrze zaaklimatyzowa przynajmniej do 6.5 tyś. Tak więc w najbliższych dniach relacje będą rzadziej.
Jeszcze gwoli wyjaśnienia jednej kwestii organizacyjnej. Jesteśmy na wspólnym pozwoleniu z dwiema innymi ekspedycjami, jednakże przydział na pozwolenie jest w gestii nie naszej, lecz nepalskich urzędników. Nie miałyśmy z Kasią na to żadnego wpływu.
Dzielimy bazę razem z naszymi przyjaciółmi z Czech: Radkiem i Zdenkiem a działamy we dwie - ja i Kasia. Trzymajcie kciuki za nasze wyjście do góry! :))
 
Relacja Kingi w radiu PIN 102 FM (autor Dariusz Urbanowicz), kolejna relacja w czwartek tuż po godzinie 14.

Wywiad z Kingą oraz relacje z portalu www.wspinanie.pl znajdują się tu: wywiad, relacja 1, relacja 2.


12.04.2008
Dziś zeszłam do bazy. Co prawda chętnie bym się przeszła wyżej, gdyż czuję się dobrze, ale po pierwsze nastąpiło załamanie pogody, po drugie nie doszłąbym nigdzie sama w kopnym śniegu - w nocy znów spadło ze 30 cm, a po trzecie nie mam ekwipunku na założenie dwójki. Kaśka ma się lepiej. Dziś już zaczęła jeść. Jest dzielna. Troche o innych ekipach. Na prawie wszystkich moich wyprawach byli Hiszpanie. Latynoski temperemant, zupełnie odmienny styl działania niż Słowian, generalnie "Maniana". Na tej wyprawie jest m.in. Edurne Pasaban z Hiszpanii, która jest pierwszej trójce kobiet na świecie ubiegających się o miano pierwszej kobiety, która zdobędzie Kornoę Himalajów, czyli wszystkie (14) ośmiotysięczniki. W tej chwili jeszcze żadnej kobiecie na świecie się to nie udało. Mężczyzn z takim tytułem jest już kilkunastu. Przypominam, że za parę dni pod Annapurną znajdzie się Piotr Pustelnik, dla którego będzie to 14-sty ośmiotysięcznik, no i... Korona. Myślę i trzymam kciuki. Wracając do ekip, które są obecnie w BC Edurne jest "sponsorowana" przez hiszpańską telewizję i jest znaną osobą w Hiszpanii i nie tylko. Jest też znany himalaista Carlos Pauner, którego poznałam w 2006 r. w obozie III na 7200 m. na Broad Peak'u. Zabawne, że niektóre osoby kojarzą się z konretną wysokoścą albo górą. Dziś też miałam okazję poznać jednego z najlepszych alpinistów świata - Valeriego Babanova z Rosji. Czołówka światowa zamierza zrobić nową drogę na zachodniej ścianie Dhualagiri. Cdn.  


11.04.2008

Dziś powstał obóz I. Założyłam go sama bo Kasia miała rano wysoką temoperaturę i została w bazie. Bardzo chciała wyjść ale była zbyt słaba. Bierze antybiotyk. Do jedynki doszłam po około 6 godzinach, niestety z bardzo ciężkim plecakiem. Postawiłam namiot w innym miejscu niż zeszłej jesieni by być razem z innymi ekipami - m.in. z dwiema grupami z Hiszpanii.  Wysokość obozu jest jednak taka sama jak rok temu czyli ok. 5850 m. Również Radek i Zdenek z którymi dzielę razem bazę, wyszli do C1 (camp 1), by postawić swój namiot i przyjrzeć się wschodniej ścianie, którą chcieliby pokonać. Na początku chcieliśmy nasze namioty postawić 200 m wyżej, ale dopadła nas sroga śnieżyca i nie zdołaliśmy już znaleźć dogodnej platformy pod nasze namioty. Okazało się też, że Zdenek i Radek zabrali ze sobą przez przypadek namiot 1-osobowy i przyszli do mnie z prośbą o przenocowanie (ja miałam dwójkę). Była z tym kupa śmiechu i po "negocjacjach" wkupili się dwoma kartuszmai gazu. Cieszę się, że atmosfera w ekipie fajna...


10.04.2008

Muzyczne pozdrowienia dla Kingi I Kasi z Jazz Radia oraz kilka fotek.

 




09.04.2008
Base Camp!! Czujemy się jakbyśmy co najmniej osiągnęły obóz II. Czytałam o różnych historiach w książkach związanych ze strajkiem tragarzy, ale teraz przeżyłam to na własnej skórze. Codziennie negocjacje, codziennie ostre konfrontacje z sirdarem i codziennie telefony to agencji. Pod koniec tych wszystkich dyskusji usłyszelismy że wszystkiemu winni są maoiści (...). Faktem jest że jesteśmy pierwszą grupą, która przedarła się przez French Pass i robiła przez kilka dni ślad. Rozbiłyśmy też dziś bazę. My z Kasią Mamy już wszystko w BC, Bo nie miałyśmy ich zbyt wiele, Radek i Zdenek czekają jeszcze na pozostałą część ekwipunku. W bazie jest w tej chwili 6 ekspedycji: 3 hiszpańskie, 2 osoby z Rosji, 1 Czech, oraz my - we czwórkę - ja z Kasią i Radek ze Zdenkiem.
 

07.04.2008
Dotarliśmy dziś w okolice 5 tyś. m. i pierwszej przełęczy. Szliśmy prawie 12 godzin, gdyż torowaliśmy w czwórkę ślad dla naszych tragarzy a także czekaliśmy na nich, by żaden się nie zgubił we mgle. Potwornie ciężki dzień i mnóstwo torowania w głębokim śiegu. Rozbiliśmy swoje namioty prawie na 5 tyś, a jutro o 5 rano ruszamy dalej w stronę Bazy. Czeka nas jeszcze przekroczenie kolejnej przełęczy - French Pass na 5300 m. i cały dzień torowania. Trzymajcie kciuki. My padamy ze zmęczenia w swoich śpiworach.


06.04.2008
Nie ruszyliśmy się dziś z Yak Kharka ani na krok. Pół nocy wiało, sypało śniegiem i rano nie można było się ruszyć. I tak cały dzień. Doszliśmy dziś do wniosku, że nasza akcja górska zaczęła się już w Marpha, a nie w bazie jak to zwykle bywa. Kiedy pomyśle sobie, że w zeszłym roku po dwóch dniach od wylotu z Warszawy byłam juz w bazie pod Dhuala a teraz nie mogę tam dotrzeć... Podsyłam Wam stronę z relacjami naszych czeskich kamratów - Radka i Zdenka: www.radekjaros.cz gdyby Was naszła ochota śledzić losy wyprawy po czesku ;)
Dzisiejszą relację chcą zatytułować: "Bój o zakładny tabor".


05.04.2008

Dziś dotarliśmy do Yak Kharka na prawie 4 tyś. m. Śpimy w namiotach na śniegu. Jutro sprobujemy się przedrzeć do Hidden Valley na ok 5 tyś. m. Mamy ogromny problem z tragarzami. Dziś doszło do ostrej konfrontacji z Sirdarem (szefem tragarzy do bazy), ponieważ tragarze nie chcą pójść do bazy bo jest dużo śniegu. Ślad w tym momencie nieprzetarty ale w końcu do tej bazy trzeba jakoś dotrzeć. Do usłyszenia zatem jutro. Kinga i Kasia.


04.04.2008
Już któryś dzień z kolei jesteśmy w Marpha. Przed nami parę dni drogi by dostać się do bazy pod Dhaulagiri. Po drodze trzeba przekroczyć dwie wysokie przełęcze –  Dampus Pass oraz French Pass, obie mające powyżej 5 tys. metrów. Niestety na drodze zalega z metr śniegu i nie można przedostać się do base campu. Dwie wyprawy – a dokładnie dwójka Rosjan oraz 1 Czech, którzy wcześniej juz dostali się do bazy przed opadem śniegu, są juz na miejscu w bazie. Reszta – np. ekipa hiszpańska zamierza się wybrać do bazy helikopterem, by ominąć te ogromne zaspy na drodze i w ogóle dotrzeć jakoś do bazy. Ja pamiętam mój lot helikopterem do BC zeszłej jesieni i musze przyznać ze było to dobre rozwiązanie - na tej właśnie górze.
My z Kasia wykorzystujemy ten czas przymusowego postoju na aklimatyzacje. Wczorajsza noc spędziłam w Muktinath na wysokości 3700 m, w świętym buddyjskim miejscu, przepięknie położonym na wzgórzu. Stamtąd tez można było zobaczyć wierzchołek Dhaulagiri.

 
     
 
W Marpha
 
     
 
W drodze do Marpha
 
     
 
Kinga
 
     
  02.04.2008
Wczoraj dotarliśmy małym lokalnym samolotem jeszcze dalej na zachód, do miejscowości Jomosom, a następnie ruszylismy pieszo do Marpha.
Nasze bagaże powoli odnajdujemy, te wysłane w cargo parę tygodni temu, na nas tu czekają. Stąd właśnie, z Marpha, ruszamy karawaną do bazy. Czeka nas parę dni drogi,
Wiemy też, że na razie przejście do bazy jest "odcięte od świata". Na drodze leży półtora metra śniegu i nikomu nie udało się "przedrzeć" do bazy od paru dni.
Marpha jest dość nisko położona, bo na około 2,5 tys. metrów, więc cały proces aklimatyzacji jeszcze przed nami. My dziś z Kasią powoli przygotowujemy się do karawany. Zbieramy siły na kolejne dni marszu i delektujemy się ostatni raz, co prawda zimną, ale zawsze wodą lecącą z kranu.:-) Dziękujemy za wszystkie ciepłe słowa, które przyszły w smsach. Kinga i Kasia (wywiad z Kasią opublikowany w Radio Olsztyn 29.03.2008).
 
     
  31.03.2008
Wczoraj przyleciałyśmy do Kathmandu i zaraz zabrałyśmy się za wszystkie niezbędne formalności.
Lot wraz z przesiadkami trwał prawie dobę, wcale nie spałyśmy, więc wczorajszy dzień był też ciężki. Sporo załatwiania i biegania po różne sprawunki.
Nasze bagaże z cargo juz wcześniej dotarły do Jomosom, my zaś dziś przyleciałyśmy do Pokhary, przepięknego miejsca na ziemi, polozonego nad jeziorem Phewa. Zawsze sobie obiecuję, że tu przyjadę kiedyś - od tak, je pozwiedzać i tu pobyć, bo nigdy nie mam czasu na to, gdy jestem na wyprawie.
Pokhara jest oddalona około 200 km od Kathmandu i położona blisko masywu Annapurny. Jednakże nie jest tak 'tłoczna' jak Kathamndu, w którym żyje powyżej miliona mieszkanców (wraz z Patanem i Bhatgaun) i o wiele przyjemniejsza.
Tak jak wspominałam, 'działam' w górach razem z Katarzyną, wspinaczką z Olsztyna, zaś w bazie bedziemy razem z dwójką Czechow - Radkiem i Zdenkiem, którzy są bardzo dobrymi himalaistami. Będą się wspinać inną drogą niż nasza, jednakże bazę będziemy mieli wspólną.
Wiemy też, że w bazie juz są wspinacze, no i że pogoda na razie śnieżna. Mam nadzieję jedynie, że śniegu w tym roku będzie mniej niż ostatniej jesieni.
Pozdrawiam Was z Pokhary, no i jak zwykle myślcie ciepło o mnie i Kasi :-)
 
     
  27.03.2008
Wyprawa rusza juz 29 marca z Warszawy z Okęcia.
 
     
   
     
  Informacji o nadchodzącej wyprawie na Dhaulagiri można wysłuchać w audycji radia PIN: http://www.radiopin.pl/audycje/oor-20080327.mp3  
     
  19.03.2008
Wracam w tym roku na Dhaula. Tym razem w zespole kobiecym – wraz z Kasią Skłodowską.
Jeśli pamiętacie wyprawę, która w zeszłym roku była ‘obok mnie’, czyli na Dhaulagiri II (7751 m) i którą wtenczas pozdrawiałam poprzez moją stronę, to Kasia jest właśnie z ‘tej ekipy’.
Obserwowała Dhaulę z drugiej strony i również o niej marzyła. Kiedy mi o tym powiedziała, bez wahania odpowiedziałam, że jasne – jedziemy razem. No i to już niebawem, bo z końcem marca :)
 
 



 
 



 
     
     
kontakt     linki     sponsoring
© copyright 2007 Kinga Baranowska