|
Relacje z poprzednich wypraw na Dhualagiri 2007, Nanga Parbat 2007, Mount McKinley 2007 |
|||
|
Dhaulagiri Dhaulagiri ("Biała Góra") - szczyt w Himalajach o wysokości 8167 m n.p.m. oddzielony od pobliskiej Annapurny głęboko wciętą doliną rzeki Kali Gandaki. Jest siódmym co do wysokości ośmiotysięcznikiem świata i do tej pory niezdobytym przez żadną Polkę. Relacja z poprzedniej wyprawy na Dhaulagiri 2007. Podziękowania Powinnam była to zrobić oczywiście wcześniej, ale mam nadzieje, że zostanie mi to wybaczone. Pierwsze tygodnie po wyprawie, to tak naprawdę łatanie zaległości, a tych jest mnóstwo! Kasi już dziękowałam, ale zrobię to jeszcze raz. Kasiu, mimo, iż nie było Ci tam łatwo, to zachowywałaś się BARDZO dzielnie. Dziękuje za te parę wspólnych tygodni i mam nadzieję, że powtórzymy to już niebawem :) Podziękowania dla Radka i Zdenka (www.radekjaros.cz), za to że byli tacy fajni. Za miły czas spędzony razem od Katmandu, poprzez bazę i wyżej, za ich profesjonalizm, perfekcyjne przygotowanie, za to byli zawsze chętni do pomocy, za wspólny śmiech w mesie i dobrą kawę :) Szerpom. My ich co prawda nie miałyśmy, ale miały ich inne wyprawy. I to oni napracowali się na tej górze najwięcej – głównie ci z ekspedycji hiszpańskiej. Wynieśli i założyli większość poręczy na tej górze. Uczestniczyli w kilku akcjach ratunkowych, wynosili tlen dla chorych. Nie można o nich zapominać. Wszystkim życzliwym nam ludziom z różnych ekspedycji na tej wyprawie. A było ich wielu. Moim Przyjaciołom i Rodzinie, za to, że są ze mną. Zawsze. Maćkowi Kołosińskiemu, za to, że mimo swych wytężonych startów w regatach Pucharu Świata i Pucharu Polski (www.atomic.sails.pl, www.polishmatch.pl), znajdował czas by dbać o moją stronę www; wrzucał na bieżąco relacje, by był kontakt ze światem. Krzyśkowi Skłodowskiemu, że zadbał o całą oprawę graficzną i medialną podczas przygotowań do wyprawy (www.sklodowski.pl). Krzyś jest rewelacyjnym fotografem oraz grafikiem. Robi też niesamowite trójwymiarowe panoramy. Martynie Pawelec, Marzenie Michałek, Anecie Lange i Pawłowi Byra z firmy EXATEL za zaangażowanie, energię i pomoc, jakie włożyli w przygotowania mojej wyprawy od strony medialnej i PR. Dodatkowo Marzenie i Martynie za ciepłe smsy, słowa otuchy i ten przefajny prezent jaki dostałam od Was po przyjeździe :) Firmie EXATEL (www.exatel.pl) oraz ALPINUS (www.alpinus.pl). Za to, że mnie wspierają i że dzięki nim mogę realizować moją górską pasję. Bez nich nie byłoby tych wypraw. Kasia by pewnie dołączyła tu jeszcze firmę RAST z Olsztyna (www.rast.com.pl), która jej pomagała. Moim patronom medialnym, którzy na bieżąco relacjonowali postępy z wyprawy, a w szczególności portalowi Onet.pl, Radiu PIN, Radiu JAZZ, Radiu ZET, TVN nSport, portalowi Wspinanie.pl, agencji PR NewsPR, górskim magazynom GÓRY i npm, portalom turnia.pl, e-gory.pl, wspinaczki.pl Naszym Klubom Wysokogórskim w Warszawie (www.kw.warszawa.pl) i Olsztynie (www.kw.olsztyn.pl), a w szczególności Marcinowi Miotk, Arturowi Paszczakowi i Jerzemu Pepol. Wszystkim, którzy w nas wierzyli, myśleli o nas, wspierali, trzymali za nas kciuki. Naszym Bliskim. Tym, którzy pomagali w organizacji i wielu „małych” rzeczach, które tak naprawdę składają się na sukces wyprawy. Dziękuję! :) |
|
||
|
26.05.2008 Czas na małe podsumowanie... Kasi (napisane jeszcze w Katmandu): Na tej wyprawie dotarłam prawie do obozu III (wys. ok. 7100-7200 m). Idąc z obozu II do góry, czułam, że jestem bardzo słaba, tak więc podjęłam decyzję o zawróceniu do dwójki. Był to ostatni moment, gdy mogłam to zrobić o własnych siłach, nie angażując do pomocy nikogo z zewnątrz, a tym samym nie odbierając nikomu szansy wejścia następnego dnia na szczyt. Kinga była wyżej, nie widziała, że zawracam. Została w trójce z połową namiotu i innego ekwipunku, którym się podzieliłyśmy. Jakoś wybrnęła.. Postanowiłam na nią poczekać w obozie II, aż zejdzie z wierzchołka. Ogromnie się cieszę, że udało jej się zdobyć wymarzoną Górę i tym samym nasz kobiecy zespół – odniósł ogromny sukces! :) Moja słaba kondycja fizyczna na pewno była związana z ogromnym stresem. Podczas tej wyprawy dowiedziałam się, że moja Mama nie żyje. To było i jest nadal cały czas bardzo trudne. (….) Straciłam też jedno wyjście do jedynki, gdyż poważnie rozchorowałam się w bazie i musiałam brać antybiotyk. Drugiej próby ataku szczytowego nie podjęłam, mimo, iż początkowo miałam taki zamiar. Przyczyn było kilka. Pierwsza z nich, to ograniczony czas (praca i rodzina), ale też były inne powody… Ważne jest mimo wszystko, z kim ma się ten szczyt zdobywać, a tu już niewiele osób zostało.. Nie była to łatwa decyzja, ale z perspektywy kilku dni, myślę, że dobra. Do usłyszenia! Kasia Kingi Kończy się moja przygoda z Dhaulagiri. To będzie dla mnie szczególna Góra. Z kilku względów: - ze względu na Kasię, z którą to miałam przyjemność się wspinać; udało nam się stworzyć kobiecy team i widzę, że był to bardzo dobry pomysł. Cieszę się, że los tak się ułożył, że stało się jak się stało. Dla Kasi była to najtrudniejsza wyprawa w życiu, bo zmarła Jej Mama. To dla niej Kasia się tam wspinała i zmagała ze sobą. Kasiu – to był prawdziwy zaszczyt móc się razem wspinać. Dziękuję bardzo za wszystkie radosne momenty (nasz, a szczególnie Twój śmiech pewnie było słychać na kilometr :), ale też za te trudne, kiedy kapały łzy. Była to dla nas Wielka Lekcja. Myślę, że wyniosłyśmy z niej bardzo wiele. Mam nadzieję, że jeszcze wrócimy razem w góry. - ze względu fajny team w bazie – Radka i Zdenka. Z tego miejsca dziękuje za wszystkie miłe momenty, a tych było codziennie mnóstwo. Za fajną atmosferę, bo to ona też powoduje o naszej motywacji i chęci do działania w górach. Radkowi za jego optymizm, spręż, wolę walki, profesjonalizm, pomoc niesioną innym, puszczanie czeskich piosenek w mesie, opowiadanie dowcipów po czesku i codzienne robienie dla nas kawy w specjalnym samowarze.. A Zdenkowi za bycie leaderem naszej czwórki i organizatorem naszej wyprawy. Za profesjonalizm, ogromną wiedzę, ciekawe rozmowy i śmianie czasem do łez z niuansów językowych polskiego i czeskiego... - ze względu na to, że zmagałam się z Białą Górą po raz drugi. Kiedy dotarłam do bazy, czułam się tak, jakbym z niej nie odchodziła. Jakby moja wyprawa, kiedy byłam tam z Dodo Kopoldem jesienią była kontynuacją tamtej. Wiedziałam jedno: że takich jakich osób jak ja, które próbują po raz drugi jest więcej, i są to osoby bardzo dobre. Wielu z nas się nie udało. Ta góra nie jest prosta. Muszę podejść do niej z wielkim respektem, ale.. nie odejdę stąd, dopóki nie zrobię wszystkiego co w mojej mocy, by wejść na jej wierzchołek. I pewnie jeszcze parę rzeczy by się znalazło, ale o tym pewnie powstaną jakieś artykuły, np. o różnych zachowaniach ludzkich. Jedno, co mogę powiedzieć na pewno, to to, że jeszcze lepiej się poznałam. W różnych, czasem bardzo trudnych sytuacjach np. niesienia pomocy innym. Może i płaci się za to wysoką cenę, ale.. chyba i tak najcenniejsze jest to, że można sobie potem spokojnie spojrzeć na siebie w lustro. Kinga 08.05.2008 Kinga Baranowska i Kasia Skłodowska lądują jutro, 9. maja, na lotnisku Okęcie o godzinie 9:00. Przylatują liniami Finnair z Helsinek. 07.05.2008 5 maja miałyśmy z Kasią opuścić BC. Niestety, helikopter nie wylądował z powodu złej widoczności, mimo, iż próbował to uczynić kilka razy. Kilka godzin spędziłyśmy na lądowisku marznąc okrutnie :( Resztę dnia spędziłyśmy gościnnie u rodaków (ale to brzmi :): Artura, Rysia, Roberta i Piotra, którzy częstowali nas smakołykami z Polski. Następnego dnia helikopter przyleciał. Tak wcześnie, że ledwo na niego zdążyłyśmy. Słuchajcie, to przedziwne uczucie, znaleźć się po godzinie (!) znów w cywilizacji po wielu tygodniach przebywania na lodowcu. Poza tym ten skok temperatury o kilkanaście stopni! Rozbierałyśmy się z ‘puchówek’ w helikopterze i nagle jakoś poczułyśmy się dziwnie, że to już, tak szybko ta cywilizacja..?? Tak bardzo chciałyśmy już stamtąd się wyrwać, a tu nagle.. gdy znalazłyśmy się w miejskim gwarze (to mało powiedziane!), hałasie Katmandu, miałyśmy ochotę czym prędzej ponownie znaleźć się w górach… (….) Pierwsze, co sobie z Kasią kupiłyśmy, to… kiecki. Tak! Po prawie 5 tyg. chodzenia w puchowych rzeczach i wyglądzie Sigmy i Pi, trzeba było sobie to zrekompensować, choć w części. Wieczorem zostałyśmy zaproszone na przyjęcie na cześć Ivana Valejo z Ekwadoru – który swym wejściem na Dhaulagiri zakończył zdobywanie Korony Himalajów, czyli wszystkich 14 ośmiotysięczników. Nieoficjalna część imprezy odbywała się do późnych godzin nocnych w Tom & Jerry na Thamelu (to dla wtajemniczonych :). Życzymy wszystkim wyprawom, a szczególnie Polakom, którzy walczą jeszcze pod Dhaula dobrej pogody, sił, motywacji – by szczęśliwie weszli na szczyt i zeszli bezpiecznie do bazy. 06.05.2008 Samo zdobywanie szczytu trwało dość długo. Dhualagiri jest wyczerpująca, skomplikowana logistycznie i bardzo wymagająca. Pierwszego maja, przed czwartą rano wyruszyłam w stronę szczytu. Po drodze było dość zimno, a na szczycie stanęłam po 15 czasu lokalnego, na szczęście w słonecznej choć bardzo wietrznej pogodzie i zimnie. Byłam tam zaledwie parę minut, gdyż nie dało się wystać z zimna. Podczas zejścia ze szczytu wraz z Martą z Hiszpanii pomagałam schodzić dwójce wspinaczy, którzy poruszali się niesłychanie wolno, byli bardzo słabi a dodatkowo jednemu z nich zepsuła się czołówka. Niestety z tego powodu, czekając na nich, przymroziłam sobie palec u stopy, zaś Marta – palce u dłoni. W tym miejscu chciałabym podziękować lekarzowi Robertowi Szymczakowi, mojemu koledze jeszcze z czasów KW Trójmiasto, za profesjonalną opiekę medyczną. Następnego dnia jeden z Katalończyków zginął w zejściu. Drugiemy, któremu myśmy z Martą pomagały dnia poprzedniego tym razem pomagał schodzić Radek Jarosz. Powiem szczerze, że ... byliśmy i jesteśmy mówiąc delikatnie bardzo podłamani tą sytuacją. (...) Tego samego dnia na szczycie stanęła między innymi Gerlinde Edurne, Ivan Valejo (zakończył swą Koronę Himalajów), Valerij Babanow i inni. Tak więc 1. maja był dniem szczególnym dla wielu wspinaczy. Tak jak wspominałam wcześniej – wielu z nich próbowało zdobyć Dhualagiri już któryś raz z rzędu. Dla mnie również zdobywanie szczytu trwało od września 2007 roku. 1 maja 2008 roku zakończyłam zdobywanie Białej Góry. Jako pierwsza Polka. Chyba zaczyna to do mnie powoli docierać. Kasia z powodu złego samopoczucia nie zdecydowała się na zdobywanie Białej Góry.
05.05.2008 Kinga Baranowska pierwszą Polką na DHAULAGIRI! 1 maja 2008 po długim i wyczerpującym ataku szczytowym, przeprowadzonym w towarzystwie śmietanki światowego himalaizmu (m.in. Valery Babanov, Gerlinde Kaltenbrunner, Edurne Pasaban, Ivan Vallejo), Kinga Baranowska (Alpinus Expedition Team, KW Warszawa) jako pierwsza Polka w historii stanęła na wierzchołku siódmego co do wysokości szczytu świata - DHAULAGIRI (8167 m n.p.m.). W krótkiej informacji telefonicznej z bazy, Kinga przekazała, że powrót ze szczytu był dramatyczny i wolny, ponieważ Kinga pomagała schodzić wyczerpanym Hiszpanom. Godne podkreślenia jest to, że to już druga na tej wyprawie pomoc Kingi udzielona innym wspinaczom. Partnerka Kingi – Kasia Skłodowska nie weszła na szczyt, ale czuje się dobrze i również odpoczywa już w bazie.
Do tej pory górę tą zdołało pokonać 12 Polaków: - 1980 r. - Wojciech Kurtyka i Ludwik Wilczyński - 1983 r. - Mirosław Gardzielewski, Jacek Jezierski, Tadeusz Łaukajtys i Wacław Otręba - 1985 r. - Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka - pierwsze wejście zimowe - 1990 r. - Krzysztof Wielicki - 1994 r. - Piotr Pustelnik i Józef Goździk - 2008 r. – Kinga Baranowska 03.03.2008 1. maja 2008 stanęłam na szczycie Dhaulagiri. Jestem już z powrotem w bazie. Więcej informacji wkrótce. 25.04.2008 Od kilku dni czekamy jak w blokach startowch by wyjść do góry. Spłoszyły nas niedobre prognozy pogody, które dostaliśmy z kilku sprawdzonych źródeł m.in. z Instytutu Meteo Insbrucka. Ażeby działać powyżej 7 tyś. metrów, potrzebujemy kilku dni dobrej pogody, tzw "okna pogodowego". Chcemy z Kasią założyć obóz III na wysokości ok. 7300 - 7400 m., zaś obecnie wieje tam z prędkością ponad 120 km/h. Od kilku dni jest też z nami w bazie Valerij Babanov, gdyż wycofał się z zachodniej ściany i będzie próbował wchodzić tak jak my, czyli północno - wschodnią granią. Nie ma tu swojej mesy i przebywa u nas wraz "so swoim drugom". Cierpliwość to cecha, która bardzo się w górach przydaje. Tu wszystko jest uzależnione nie od nas ale od np. pogody. To ona dyktuje warunki. Nie jesteśmy w stanie niczego przyspieszyć ani zmienić. Żadna karta kredytowa, ani wpływowy znajomy, na nic tu się nie zdają. Liczą się natomiast cierpliwość, wola walki, nieustająca motywacja, czyli jak to się w naszym środowisku mówi: "spręż". My z Kaśką go jeszcze mamy na szczęście. Ale nie zaszkodzi jak będizecie trzymać kciuki za nasze kolejne wyjście do góry. Relacja Kingi w radiu PIN 102 FM (autor Dariusz Urbanowicz). 24.04.2008 Kilka fotek.
23.04.2008 - relacja Kasi
![]() ![]()
09.04.2008
07.04.2008 |
|||
![]() W Marpha |
|||
![]() W drodze do Marpha |
|||
![]() Kinga |
|||
|
02.04.2008 Wczoraj dotarliśmy małym lokalnym samolotem jeszcze dalej na zachód, do miejscowości Jomosom, a następnie ruszylismy pieszo do Marpha. Nasze bagaże powoli odnajdujemy, te wysłane w cargo parę tygodni temu, na nas tu czekają. Stąd właśnie, z Marpha, ruszamy karawaną do bazy. Czeka nas parę dni drogi, Wiemy też, że na razie przejście do bazy jest "odcięte od świata". Na drodze leży półtora metra śniegu i nikomu nie udało się "przedrzeć" do bazy od paru dni. Marpha jest dość nisko położona, bo na około 2,5 tys. metrów, więc cały proces aklimatyzacji jeszcze przed nami. My dziś z Kasią powoli przygotowujemy się do karawany. Zbieramy siły na kolejne dni marszu i delektujemy się ostatni raz, co prawda zimną, ale zawsze wodą lecącą z kranu.:-) Dziękujemy za wszystkie ciepłe słowa, które przyszły w smsach. Kinga i Kasia (wywiad z Kasią opublikowany w Radio Olsztyn 29.03.2008). |
|||
|
31.03.2008 Wczoraj przyleciałyśmy do Kathmandu i zaraz zabrałyśmy się za wszystkie niezbędne formalności. Lot wraz z przesiadkami trwał prawie dobę, wcale nie spałyśmy, więc wczorajszy dzień był też ciężki. Sporo załatwiania i biegania po różne sprawunki. Nasze bagaże z cargo juz wcześniej dotarły do Jomosom, my zaś dziś przyleciałyśmy do Pokhary, przepięknego miejsca na ziemi, polozonego nad jeziorem Phewa. Zawsze sobie obiecuję, że tu przyjadę kiedyś - od tak, je pozwiedzać i tu pobyć, bo nigdy nie mam czasu na to, gdy jestem na wyprawie. Pokhara jest oddalona około 200 km od Kathmandu i położona blisko masywu Annapurny. Jednakże nie jest tak 'tłoczna' jak Kathamndu, w którym żyje powyżej miliona mieszkanców (wraz z Patanem i Bhatgaun) i o wiele przyjemniejsza. Tak jak wspominałam, 'działam' w górach razem z Katarzyną, wspinaczką z Olsztyna, zaś w bazie bedziemy razem z dwójką Czechow - Radkiem i Zdenkiem, którzy są bardzo dobrymi himalaistami. Będą się wspinać inną drogą niż nasza, jednakże bazę będziemy mieli wspólną. Wiemy też, że w bazie juz są wspinacze, no i że pogoda na razie śnieżna. Mam nadzieję jedynie, że śniegu w tym roku będzie mniej niż ostatniej jesieni. Pozdrawiam Was z Pokhary, no i jak zwykle myślcie ciepło o mnie i Kasi :-) |
|||
|
27.03.2008 Wyprawa rusza juz 29 marca z Warszawy z Okęcia. |
|||
![]() |
|||
| Informacji o nadchodzącej wyprawie na Dhaulagiri można wysłuchać w audycji radia PIN: http://www.radiopin.pl/audycje/oor-20080327.mp3 | |||
|
19.03.2008 Wracam w tym roku na Dhaula. Tym razem w zespole kobiecym – wraz z Kasią Skłodowską. Jeśli pamiętacie wyprawę, która w zeszłym roku była ‘obok mnie’, czyli na Dhaulagiri II (7751 m) i którą wtenczas pozdrawiałam poprzez moją stronę, to Kasia jest właśnie z ‘tej ekipy’. Obserwowała Dhaulę z drugiej strony i również o niej marzyła. Kiedy mi o tym powiedziała, bez wahania odpowiedziałam, że jasne – jedziemy razem. No i to już niebawem, bo z końcem marca :) |
|||
|
|
|||
|
© copyright 2007 Kinga Baranowska |