kinga baranowska
  news   wyprawy/galerie   media   bio   konferencje
     
 

Poprzednie wyprawy na: Manaslu 2008 Dhualagiri 2008, Dhualagiri 2007, Nanga Parbat 2007, Mount McKinley 2007

 
 
 
  KANCZENDZONGA
Kanczendzonga (ang. Kangchenjunga) - 8598 m n.p.m. (wg innych źródeł 8586 m).
W języku tybetańskim oznacza „Pięć Skarbnic Wielkiego Śniegu”). To trzeci szczyt Ziemi i drugi co do wysokości szczyt Himalajów, położony na granicy Nepalu z Sikkimem. Do tej pory zdobyty przez trójkę Polaków: Jerzego Kukuczkę, Krzysztofa Wielickiego (zimą '86 r.) oraz Piotra Pustelnika (latem 2001 r.). Na szczycie stanęły zaledwie dwie kobiety z całego świata.

18 maja 2009 roku Kinga Baranowska stanęła na Kanczendzondze jako pierwsza Polka.

RELACJE:


Kinga Baranowska na szczycie z Immunocalem

24.05.2009
KINGA WRÓCIŁA 26.05.2009 - o 11:00 wyladądowała na Okęciu (lot z Frankfurtu) - zobacz film z przywitania Kingi na lotnisku


23.05.2009
Jestem w Kathmandu. Glosno, gwarno... Moje uszy przyzwyczajone do niezmaconej ciszy na 5 i pol tysiaca nagle musialy przyjac iles tam decybeli. Musialam mocno uwazac by nie wpasc pod riksze albo z kazdej strony jadace samochody.
Udalo sie 'zlapac' heli z bazy. Jednakze z przygodami. Z pieknego helikoptera kazano nam sie przesiac do... traktora (!), ktory pare kilometrow nas przewiozl i wytrzeslo nas na tej drodze za wszystkie czasy (!), po czym znow wsiedlismy do nastepnego heli. Jakby nie bylo przelecialam nad polowa Nepalu. Kathmandu jak to Kathmandu... Po wyprawie czlowiek ma ochote tu zostac, ale tylko jeden dzien, nie dluzej. Z kazdej strony slychac 'smoke' lub 'hasz', zycie nocne z wszelkimi jego objawami kwitnie na calego.
Ja jestem zbyt zmeczona, by sie 'cieszyc' jego urokami..., choc nawet wybralam sie do klubu regge, posluchac nepalskiej kapeli jak spiewa covery Boba Marley'a. Ale jestem juz spakowana i tylko czekam az skonczy sie kolejny 'public holiday' jakich cale mnostwo w tym kraju, by wsciasc w samolot i... pozegnac sie z Kathmandu.


21.05.2009

Get Flash to see this player.


Kinga Baranowska - na szczycie...

Nie spałam całą noc. Z powodu kaszlu. Rano, około 5.00 wyczołgałam się z namiotu, by zdobyć coś do picia i ulżyc swoim drogom oddechowym, które ucierpiały z powodu zimnego powietrza. Cała baza kaszle. Do tego stopnia rozlega się kaszel, że są to wręcz ataki, trwające po kilka minut. Jorge Egocheaga, z grupy Edurne, który musiał zejść z obozu IV, z powodu właśnie kaszlu - złapał taki atak kaszlu w zejsciu i złamał mu zebro. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie, ale kaszel - to "norma" po przebywaniu na tej wysokości i ciągle w ujemnej temperaturze.
Teraz musimy pić dużo płynów, w ciągu paru dni przejdzie.
(....)
Kibelek w bazie się zawalił. Musiałam przytrzymać jedną ręką ścianę namiotu, by w ogóle tam wejść. Czas ją opuścić. Pewien etap został zakończony. Grupa Edurne zwinęła się z samego rana, helikopterami opuszczają bazę. Trzeba przyznać, że szybko się uwineli, ale prawda też taka, że Alex i Edurne mają odmrożenia, Juanito cierpi, bo nie ma żadnych palców u stóp i dla niego wspinaczka tutaj to jak droga przez mękę (też przymroził sobie stopy), Jorge - złamane żebro od kaszlu, jedynie Asier i Ferran trzymali się jako tako. Dla Ferrana - cała ta ekspedycja to dodatkowy "job" bo chodzi z kamerą. Nie zazdroszczę.
U mnie Juanjo - odmrożone trzy palce, ale niegroźnie, Koke - odmrożony nos, Alberto - odmrożony jeden palec u stopy, reszta jako tako wygląda. Oscar i Julien dopiero wychodzą do góry, gdyż dotarli do bazy dużo później. Atak szczytowy - dopiero przed nimi. Oriol wcale nie zamierzał atakować szczytu, więc nie był za wysoko, Miguel - nie wiem, nie widziałam spręża przez calą wyprawę, tak więc najmniejsza przeciwność powoduje: "odpuszczam".
Jedna osoba z mojej ekipy podała informację, że była 20 min. przed szczytem, w rezultacie - były to 4 godz. Kiedy zwróciłam na ten mały szczegół uwagę, nie zostało to miło przyjęte. No cóż.... chyba na początku nikt nie wierzył, że ja w ogóle mogę się gdziekolwiek wspiąć, a już na pewno nie na sam szczyt Kanczendzongi. Kobiecych wejść jest tu naprawdę niewiele, moje to chyba piąte.


20.05.2009
Jesteśmy wszyscy w bazie. Dopiero dziś zeszlismy. Wczoraj zdecydowalismy się spac w obozie II - ja przynajmniej, dwie osoby zostały wyżej w trójce. Piszę w tym momencie o moim - dziewięcioosobowym teamie. Gwoli jasności: na szczycie stanęłam 18 maja około 17.00. Późno, choć jeszcze przez dwie godziny było jasno. Jednakże późno. Przede mną (jakieś 20 min) na szczycie stała Edurne Pasaban, Asier, Juanito Orizabal i Szerpa Edurne. Wcześniej na szczycie stanął Ferran Latorre, zaś jeszcze wcześniej tego dnia Koreanka z tlenem. Ja do szczytu zmierzałam razem z Juanjo Garra - z mojej grupy, jednakże pół godziny przed szczytem stwierdził, że dalej nie idzie i zawrócił. Szczytu nie osiągnąl, jednakąe teraz się do tego nie przyznaje (brak mi słów w tej chwili, skomentuję to później). Następnego dnia na szczycie stanął Alberto Zerrain i tak naprawde to na razie tyle z wejść mojej grupy (czyli ja i Alberto). Mówiąc krótko - zbyt wolne tempo.
(....)
Wczoraj gdy schodziliśmy, to była jak droga przez mękę
Nie na darmo się mówi, że w zejściu jest najwięcej wypadków. Tak więc by nie kusić dodatkowo losu, szliśmy zespołami, silniejsi na słabszych czekali, dla Edurne został wysłany tlen do obozu III, by spędziła na nim noc.
Dwójka (Koke i Miguel), która została w obozie III, nie miała ochoty schodzić (co świadczy raczej o czymś niedobrym taka niemrawość i chęć przebywania powyżej 7 tyś. m po próbie ataku), zachęciliśmy ich skorzystaniem również z tlenu, co ich zmobilizowalo do szybszych ruchów w dól. Ja całą drogę cierpiałam z powodu palca u stopy, którego sobie uszkodziłam pare lat temu i teraz przy schodzeniu dostawał ostro w kość (dosłownie). Dotarł w dół zmasakrowany i mocno boli.
Przestałam też czuć, że mam włosy na głowie. Od paru dni nie zdejmuję czapki. Tylko przez pierwsze dni przeszkadza to, że są nieumyte, potem - nie przeszkadza już nic, człowiek się cieszy, że nie trzęsie się z zimna. Ale generalnie długie wlosy na wyprawie to kiepski pomysl. Tak więc czas na zmianę fryzury.
(....)
Na zdobycie szczytu składa się wiele rzeczy. Tak naprawde milion drobiazgów. Im więcej takich ekspedycji, tym człowiek lepiej wie jak o siebie dbać. są to naprawdę drobiazgi (z pozoru), ale utkane w calość powodują, że wszystko robi efekt.
Tak naprawdę - teraz jako jedna z nielicznych nie mam odmrożen. Wiem, że to może łut szczęścia, ale trochę temu szczęściu pomogłam. Przebywaliśmy kilkanaście godzin (!) w ujemnej temperaturze (w nocy poniżej 30 stopni) i ekstremalnym wysiłku i wtedy łatwo złapać odmrożenia. Tajemnicą są nie tylko dobre buty (ja mam włoskie "La Sportiva") i ciepłe skarpetki. Ważne by być generalnie w dobrej formie, nie być odwodnionym, nie wyjść na czworakach na szczyt, licząc - jakoś to będzie, ale ugotować sobie dużo picia, zabrać termos (oj ciężki!) - by po drodze pić ciepłe rzeczy, generalnie być w dobrej formie.
Inna sprawą jest dobre odżywianie. Uwierzcie mi, na takiej wysokości ciężko cokolwiek przyswajać (organizm się broni), ale nie można doprowadzić do sytuacji, że nie jemy nic, albo jesteśmy chorzy (biegunka) przez kilka dni. Wtedy już jesteśmy tak osłabieni, że możemy wracać do domu. Ja już wiem, co mi smakuje a co nie i zabieram tylko te rzeczy, które wiem, że na pewno zjem. A dowiedziałam się po kilku latach.
Ponadto przez całą wyprawę brałam Immunocal - proteiny, który miałam przy sobie, by wzmacniał mój organizm i myślę, że też dzięki niemu tak szybko doszłam do siebie po antybiotyku.
Inna sprawa - to np. kosmetyki. Oparzenia słoneczne, czy też odmrożenia nosa to dość częste zjawisko. Ja mam skórę twarzy w całości, ale to zasługa stosowania bardzo dobrych kremów, posiadania ich non stop przy sobie i nie zapominaniu o ich stosowaniu.
Mam też przetestowaną całą masę ubrań, rzeczy, butów, plecaków, karimat, śpiworów i też wiem, co najlepiej zabrać i co jest przede wszystkim najlżejsze i najbardziej funkcjonalne.


19.05.2009
Schodzę. Nie - powłóczę nogami,to lepsze określenie.Jedna osoba zasłabła poniżej czwórki (Edurne Pasaban) i jest właśnie organizowana akcja ratunkowa.Była przede mną tego samego dnia na szczycie, jakieś 20 min wcześniej. Wczoraj na szczycie stanęła też Koreanka,ale ciężko obładowana tlenem.Przemycę więcej informacji z ataku jak wreszcie doczłapię się do bazy i naładuję baterie.
I jeszcze mała dygresja: teraz z własnego doświadczenia wiem,że istnieje KOLOSALNA różnica pomiędzy niskimi i wysokimi ośmiotysięcznikami w odczuwaniu zawartości tlenu.Po prostu rozrywa płuca od próby nabrania powietrza.Straciłam głos.I istnieje ogromna różnica gdy używa się butli z tlenem, ludzie mieli o połowę krótsze czasy.My przy nich jak łamagi..



18.05.2009
Jestem po.Na szczycie stanęłam późno, Góra niewyobrażalnie trudna i wymagajacą,dla mnie najtrudniejsza ze wszystkich,na których do tej pory byłam. Jestem ekstremalnie zmęczona, straciłam też głos od zimnego wiatru, ale tez jestem szczęśliwa. Czeka mnie jeszcze trudne zejście do bazy z obozu IV. Górę tę dedykuję Wandzie Rutkiewicz. Wiecej informacji jak zejdę do bazy.


17.05.2009
Dotarliśmy do obozu IV na 7700 m,w potwornym wietrze i pyłówkach.Przewróciło mnie kilka razy :( Liczymy na to że dziś w nocy i jutro wiatr ucichnie bo chcemy dziś w nocy wyjść na szczyt.Do czwórki szliśmy w śniegu po kolana, boimy się że wyżej w kuluarze będzie go też bardzo wiele. Niestety wszyscy liczą na 15 godzin marszu do szczytu, właśnie przez ten głęboki śnieg. Nie wszyscy z mojej grupy zdecydowali się na atak szczytowy. Na razie w czwórce jestem tylko z Alberto Zerrain, pozostałe cztery osoby wciąż tu podchodzą. Trzy osoby są w bazie, bez zamiaru zdobywania szczytu tym razem


16.05.2009
Nie wyszliśmy dziś do czwórki na 7700 m. Potwornie wiało i przeczekujemy cały dzień wiatr na 7200 m w trójce. Jeśli pogoda pozwoli wychodzimy jutro wyżej. Wcale nie jest miłe to przeczekiwanie na tej wysokości.


15.05.2009
Dziś podeszłam z obozu I (gdzie spałam) do trójki na 7200 m.Jutro wychodzimy zalożyć obóz IV,stamtąd ruszymy w stronę szczytu.

Myślcie proszę


14.05.2009
Wychodzimy do góry. Co najmniej na parę dni. Jeśli pogoda pozwoli, spróbujemy wejść na szczyt.

Myślcie proszę.


13.05.2009
Dziś dzień pamięci o Wandzie Rutkiewicz. Odprawiliśmy puję w Jej intencji i modliliśmy się. W 1992 r. zmagała się na tej Górze i zaginęła. Wiele osób w bazie Ją wspominało, między innymi Juanito Orizabal (Bask), który był z Nią na pięciu wyprawach.


12.05.2009
Oglądam trzy części PRZEWODNIKA ALPINISTYCZNEGO (KANGCHENJUNGA HIMAL) napisanego przez Polaka Jana Kiełkowskiego (wyd. Dusseldorf 1987 r.), który przyniósł że sobą Oscar Cadiach. Mega niezłe dzieło ? tak to należy okreslić, bardzo dokładne, z wyrysowanymi drogami, schematami, szczegółowymi opisami. I to przyniósł je Katalończyk do bazy pod Kanczendzonge (!)
W ogóle to mamy ogromne zasługi we wspinaczce na Kanczendzonge. Poczynając od 1974 r. kiedy to zostal zdobyty Kangbachen (7902 m) ? Brański, Klaput, Malatyński, Olech, Rubinowski, poprzez rok 1978 kiedy to Polacy stanęli na niezdobytych do tej pory w historii wierzchołkach Kanczendzongi: Południowym (Chrobak, Wróz) i Środkowym (Brański, Heinrich, Olech).
W 1984 r. na wierzchołku Kanczendzongi Zachodniej (Yalung Kang) stanęli Karolczak, Wróz, Cichy, Piasecki wytyczając nową, trudną drogę.
Rok 1986 to polska, zimowa wyprawa drogą brytyjską (normalna), gdzie na szczycie stają Kukuczka oraz Wielicki, zaś w 2001 r. latem na szczycie staje Piotr Pustelnik (droga normalna).


11.05.2009
Nadrabiam zaległości we wszystkim: spaniu, czytaniu, pisaniu, jedzeniu. Dziś na obiad tradycyjna hiszpańska (baskijska) potrawa z ryb, specjalnie przywiezionych aż z Europy: "bacalado". Ryby przygotowuje się już 2 dni wcześniej namaczając je w wodzie. Następnie przyprawia się w cebuli, czosnku i na bardzo gorącym oleju - gotuje. Muszę Wam powiedzieć, że to był najpyszniejszy obiad do tej pory jaki tu jadłam. Nakręcilam z tego kawałek filmu, więc pewnie będziecie mogli zobaczyć rezultat.


10.05.2009
Nigdy nie wiem, który dzień tygodnia. Kalendarz z dniami tygodnia, jest w górach niepotrzebny. Ale ok, po krótkim zastanowieniu, uświadamiam sobie, że niedziela i jak co weekend, łączenie na żywo z DDTVN. Mówie słabym głosem do telefonu satelitarnego, staram się nie stracić sygnału satelity, który lubi uciekać. Po programie dostaję smsy: Kinga, kiedy wchodzisz na szczyt?
Wiem, że dla ludzi nie związanych z górami wydaje się to długo, ale taki jest proces aklimatyzacji. Jeśli chce się wejść na 8600 m bez tlenu tyle to właśnie trwa. I tak mieliśmy do tej pory wiele szczęścia do pogody i cały czas zasuwaliśmy bez próżnowania.
Teraz zasłużony odpoczynek, organizm musi się zregenerować. Bazę zasypuje coraz bardziej, trzeba odśnieżać w nocy namioty, by się nie połamały.
Relacja dźwiękowa - na antenie DzieńDobryTVN - zobacz i posłuchaj


9.05.2009
Powrót bezpośrednio z trójki. Czuję jakby mnie nie było w bazie z 1,5 tygodnia. To jak powrót z innego świata, do cywilizacji - choć ciężko mówic o cywilizacji na 5500 m (....).
Z tej racji, że byliśmy z Alberto sami w trójce, a w nocy potwornie wiało i padało, cała droge w dół torowaliśmy w śniegu powyżej kolan. Dodatkowo nas to wymęczyło. Razem z naszymi śladami zjeżdżały małe lawiny, trzeba było bardzo uważać. Na płaskim lodowcu między dwójka a jedynką, wszystkie złowrogie szczeliny zasypane, wszyscy wiąża się tu liną.
Po zejściu do bazy siedzę w mesie i pochłaniam kubek herbaty za kubkiem. Czuję, że jestem odwodniona, mimo, że staraliśmy się regularnie pić i co nieco jeść. Znów po zejściu do bazy nastała zła pogoda i cieszymy się, że możemy bez wyrzutów sumienia odpoczywać. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty.
Po poludniu dotarli wreszcie do bazy dwaj pozostali uczestnicy wyprawy: Oscar Cadiach oraz Julen Reketa. Byli wcześniej na innych wyprawach. Jest nas teraz dziewiątka w bazie.
Pod wieczór jestem tak zmęczona, że nie mogę do późna zasnąć. Stopniowo zasypuje mój namiot w bazie, tak że rano jest z pół metra śniegu więcej...


8.05.2009
Cały dzień na 7200 m. Budzę się z lekko opuchniętą twarzą, to znak, że wysokość robi swoje. Zatrzymanie płynów w organizmie. Około południa już lepiej, sikanie wraca do normy i zmuszamy się z Alberto, by wyjść w strone obozu IV (ok. 7700 m), ale generalnie nie jesteśmy zbyt rześcy. Powyżej trójki tak bardzo wieje, że ledwo co widać. Zostaliśmy w obozie trzecim sami, wszyscy zeszli do bazy, gdyż albo stwierdzili, że już są zaklimatyzowani, albo już mieli dość przebywania na tej wysokości i z powodu złego samopoczucia zdecydowali się na zejście.
Po małym spacerze (czyt.: dwugodzinnej tyradzie!) do końca dnia już tylko gotowanie, picie i małe jedzenie; polskich rzeczy oczywiscie, bo nie ufam tym wszystkim słodyczom, ani cola cao na tej wysokości, które Hiszpanie z upodobaniem zabieraja do góry. Na myśl o słodyczach robi mi się niedobrze, wolę jakiś lekki ser, krakersy i miętowa herbatę.
W nocy tak bardzo wieje i pada, że ciężko spać. Budze się zmęczona i z bólem głowy.
Czas schodzic.


7.05.2009
Dojście do obozu III na 7200 m, no i oczywiście wszystkie związane z tym czynności typu kopanie platformy, rozbijanie namiotów, żmudne gotowanie itd.
Ciężka dla mnie ta droga. Nie wiem o co chodzi: czy o to, że pokonuję ją po raz pierwszy, czy o to, że nie spałam w ogóle w nocy przez ten potworny wiatr Myslałam też, że już wszystkie największe, spionowane seraki za mną, a tu proszę.. Jeden szczególnie nieprzyjemny, na maxa wylodzony, z mega twardym lodem. Trzeba się naprawdę natrudzić by wbić raka i dziabę, oj ciężko mi bardzo z tym plecakiem, klne pod nosem, z góry na dodatek lecą pyłówki...
Po dojściu jestem nieziemsko zmęczona. Pod koniec drogi, już modlę się w duchu, by obóz byl bliżej, tuż za wzniesieniem... Doszłam, ryjąc nosem w śniegu.
Przebywanie na tej wysokości nie należy do przyjemności. Ciśnienie w granicach 400 hPa, tlenu w powietrzu niewiele (30% tego co npm) tak więc każda czynność to jak poruszanie się muchy w smole. Oczywiście normą jest, że niewiele się je, bo żołądek się broni przed przyswajaniem i trawieniem.
Śpię natomiast całkiem nieżle, ale podejrzewam, że to że zmęczenia. Czuję każdy mięsien.


6.05.2009
Wyszliśmy z Alberto bezpośrednio do obozu II. Zajęło nam to około 7 godzin, z prawie godzinną przerwą w jedynce. Nie podejrzewałam siebie wcześniej o to, że mogę ten dystans przemierzyć, ale jednak aklimatyzacja robi swoje. Jedna osoba z naszego teamu wyszła dzień wcześniej, spała w jedynce i tam na nas czekała. W jedynce spędzamy czas z Nives i Romano z Włoch, którzy zawrócili spod Annapurny.
W dwójce na 6650 m potwornie wieje, nie mogę spać przez ten hałas. Rano bez zmian. Przez krótkofalówke dowiaduję się, że w trójce noc jeszcze gorsza, ludzie w ogóle nie spali, są przemęczeni. Wstaje ledwo żywo i czekam aż wiatr troche ucichnie. Część osób decyduje się schodzić z trójki, bo bolą ich głowy.
Wreszcie wiatr trochę ustaje i około 10:00 decyduję się z Alberto wyjść na 7200 m; chcemy koniecznie wykorzystać to wyjście na uzyskanie niezbędnej nam aklimatyzacji. Wiemy, że pogoda ma się zmienić lada moment na jeszcze gorszą i nie będzie już tak pięknie jak dotychczas. Musimy załozyc obóz III.


03.05.2009
Dzień w bazie. Czuję że to zasłużony dla mnie odpoczynek. Z przyjemnością nie robię nic, dużo jem, śpie i czytam. Ciągle zła pogoda, z czego się cieszę i nie mam wyrzutów sumienia, że jestem w bazie. Jestem zadowolona, że wcześniej zmusiłam się do wyjścia, przynajmniej jakaś (6650 m) aklimatyzacja jest.
Inna grupa, która dziś wyszła do jedynki z zamiarem pójścia wyżej, zawróciła, bo przegoniła ich stamtąd burza z błyskawicami.
U mnie na Kaszubach Święto, wiem że w domu są goście i jest bardzo uroczyście. No i wszyscy objadają się smacznymi rzeczami...


02.05.2009
Zeszliśmy z Alberto do bazy prosto z dwójki. Czuję zmęczenie. Pogoda zrobiła się bardzo niefajna. Pada śnieg i jest mgła. Czuję że zasłużyłam na odpoczynek. Muszę w końcu zresetować organizm i się wyleczyć. W nocy ciągle boli gardło.


01.05.2009
Wychodzimy dziś do dwójki na 6650 m. Myslałam że na tym odcinku będzie mniej seraków do pokonania, ale po przemierzeniu długiego i płaskiego lodowca rozpoczęły się znowu. Doszliśmy do dwójki po paru godzinach już w śnieżycy. Zimno w ręce i w ogóle do dwójki przyszliśmy przemarźnięci. Do końca dnia już tylko gotowanie i picie. W nocy nie boli mnie w ogóle głowa (na szczęście), ale generalnie czuję, że jestem ciągle słaba.

Dokładnie rok temu stałam na szczycie Dhaulagiri 1 maja 2008 roku.


30.04.2009
Wyszliśmy z Alberto do jedynki. Mieliśmy wyjść w czwórkę, ale Miguel rano powiedział, że nie ma ochoty ani siły, zaś Oriol przyszedł znowu do mesy z opuchniętą twarzą. Źle znosi wysokość potrzebuje więcej czasu na tej wysokości. Tak więc idziemy we dwójkę. Mi co prawda też nie chciało się za bardzo wychodzić, czuję że jeszcze nie wypoczęłam po ostatnich dwóch nocach na 6200 m, ale przyjmuje jedną zasadę w górach, która jak dotąd mnie nie zawiodła: kiedy jest pogoda, wychodzę do góry i się aklimatyzuję, bo potem mogę siedzieć całe tygodnie w bazie w kiepskiej pogodzie, z zerową aklimatyzacją.
Szłam krócej do jedynki niż poprzednio, ale wydawało się że to nieskończoność.  Chyba osłabienie po antybiotyku daje się we znaki. Po południu zaczęło śnieżyć i zrobilł się kiepska pogoda (jak codzień tutaj), tak więc popłaca wychodzić rano. Jak zawsze w górach.


29.04.2009
Rest. Noc z kaszlem. Nieprzespana. Kaszel męczy. Nie wiem jak się z niego wyleczyć. Od zimnego powietrza w nocy mam podrażnione całe gardlo. Biorę coś wykrztuśnego, może pomoże.


28.04.2009
Schodzimy rano do bazy. Ta noc jest stanowczo lepsza niż poprzednia, już prawie całkowicie przespana, choć o głebokim śnie nie ma mowy. Gdyby nie bolące gardło, byłoby idealnie. Po drodze w dół kilka zjazdów z seraków, ale obniżamy się dzięki temu dość szybko.
Nie wzięłam telefonu do góry z racji obniżenia wagi plecaka, więc w telefonie mnóstwo pytań: gdzie jesteś? Co się z Tobą dzieje? Żadnej relacji na stronie!
Odpowiadam - nie biorę zazwyczaj telefonu do góry, na miejscu korzystamy z krótkofalówek, by łączyć się z bazą.

Nastepne pytanie: Jakie plany?
Mówiąc krótko jestem wyczerpana i marzę jedynie by odpocząć. Tak więc odpowiadam: REST. To też jest część wspinaczki i całego procesu aklimatyzacji. Umiejętne gospodarowanie swoim organizmem. "Nie zajechanie" go, już na samym początku. To co robimy tutaj, w skrajnych warunkach jakby nie było, jest dużym obciążeniem dla organizmu. Ważne jest dbać o niego, wsłuchiwać się w niego, być dla niego bardzo przyjaznym. Jeśli nie będziemy o niego dbali - odmówi nam posłuszeństwa.

Kolejne pytanie: no to ile jeszcze Ci zostalo dni do góry?
(.... a ja myślę dziś tylko o odpoczynku i o tym, że takich nocy aklimatyzacyjnych muszę przejść jeszcze sporo).
Odpowiadam. Aklimatyzacja, czyli adaptacja organizmu do wysokości, trwa różnie - jest to sprawa bardzo indywidualna. U mnie przebiega w miarę dobrze, patrząc na poprzednie wejścia na ośmiotysięczniki, ale trzeba być zawsze czujnym. Lepiej być lepiej zaklimatyzowanym, niż gorzej, bo w najgorszym przypadku kończy się obrzękiem mózgu lub płuc.
Kanczendzonga jest wysokim ośmiotysięcznikiem (trzecim jakby nie było) i bardzo wielu ludzi, którzy są na tej wyprawie, wspinają się nań z butlą z tlenem. W tej sytuacji niepotrzebna jest 100% aklimatyzacja do dużych wysokości, bo korzysta się że "sztucznego" tlenu. Ja mam dość sceptyczne zdanie, kiedy widzę, że ktoś w ogóle się samodzielnie nie aklimatyzuje, a liczy tylko i wyłącznie na sztuczny tlen już od obozu pierwszego. Taka butla i cały ten mechanizm, potrafią być rowniez zawodne i wtedy już nie mamy na co liczyć.
Ja się nie wspinam na Kanczendzonge z butla z tlenem (jak zreszta na pozostalych osmiotysiecznikach rowniez), tak więc MUSZĘ się dobrze zaklimatyzować do danej wysokości, czyli do niskiej zawartości tlenu w powietrzu i niskiego ciśnienia.
Proces ten myślę potrwa około trzech tygodni (Jeśli wszystko przebiega dobrze, pogoda, nie ma chorob itd.).
Tak więc nie pytajcie mnie proszę na początku wyprawy - kiedy atak szczytowy bo żeby wyjść na wierzcholek, który liczy 8600 m, muszę wcześniej przespać się z tysiąc metrów niżej, czyli zaadoptować organizm do TEJ wlaśnie wysokości (wytworzyć więcej czerwonych krwinek etc.). Jeszcze raz powtarzam - to jest trudny proces. Niektórzy nigdy nie są w stanie się zaklimatyzować, czyli przebywać na dużych wysokościach.
I jeszcze jeden przykład:  jeśliby wysadzić kogoś z samolotu (hipotetycznie) na 8 tysiącach metrów, ta osoba umiera w ciagu 5 minut, własnie powodu z niedotlenienia organizmu.

Tak więc PROCES AKLIMATYZACJI TRWA, a co za tym idzie zakładanie obozów, wynoszenie sprzętu, wyposażanie namiotów w jedzenie, no wreszcie sama wspinaczka trzy tysiące metrów do góry.


27.04.2009
Oj dziś czuję, że nie będę za dużo jeść.
Sama myśl o jedzeniu nie działa na mnie dobrze. Pije za to dużo. Biorę też Immunocal - proteiny, które dobrze działają na nasze organizmy. Noc w połowie nieprzespana. Od połnocy zaczęła boleć głowa od wysokości (ciśnienia), czyli zaczyna się. Bolesny proces aklimatyzacji. Jeśli ktoś nie wie jak to wyglada, to mówie - przekręcenie głowy choćby o milimetr, to jak wiercenie wiertarką w głowie. Po prostu pęka od środka. Biorę coś przeciwbólowego, na szczęście po paru godzinach zelżalo i jak w letargu próbuję dotrwać do rana.
Noc dłuży się niemiłosiernie.
Poza tym przez obowiązkowe picie, w kółko wychodzi się za potrzeba. Na zewnątrz, dużo poniżej zera, w namiocie również minus ileś, tak więc wyjście z ciepłego śpiwora, to jak kara zadana przez los. Opracowaliśmy z Alberto system sikania do jakiegoś pojemnika w przedsionku, by nie odmrozić sobie pupy.
Pomyślalam sobie, że po iluś osmiotysiecznikach, uzgodnienie szczegołów, co do sikania jest już normą. Normą jest też to, że pozostawia się drugiej osobie minimum intymności i odwraca głowe w druga stronę.
(.....)
cały dzień w półletargu. Jedna osoba zeszła do bazy, bo ból głowy z nocy nie ustąpił. Dla mnie - troche spaceru, trochę snu, bo w nocy nie było go wystarczajaco dużo. Nie chce mi się za bardzo wychodzić, promieniowanie na tej wysokości jest tak silne, że gdyby pobyć że 20 min. bez okularów, dostaje się ślepoty śnieznej. dużo pijemy (staramy się...), ale sama myśl o zrobieniu kolejnego kubka wody że sniegu, powoduje, że może później...
Po poludniu jest lepiej. Coś zjedlismy (ja bardziej z obowiązku, by nie brać antybiotyku na pusty żolądek), ale tylko trochę. Najlepiej wchodzą sucharki i to te bezzapachowe. No i kawalek sera, ale też nieśmierdzącego.


26.04.2009
Wyjście do góry. Z rana. Aż sama jestem ciekawa, jak się te seraki forsuje. W niektórych miejscach są pod kątem 90 stopni. Do pokonania około 700 m w pionie. Na co bardziej stromych miejscach założone poręcze, bodajże przez Szerpów z grupy koreańskiej. My nie mamy Szerpów, wynosimy wszystko sami, ale pewnie będziemy partycypować w kosztach załozenia poręczy na serakach. Mimo wszystko ciężko wnosi się cały ekwipunek do góry, kilogramy w plecaku powodują, że każdy metr w góre, to ogromny wysiłek.
Po przyjściu na 6200 m kopanie platformy pod namiot. Moja grupa podzieliła się na pół, żeby było latwiej wynosić rzeczy. Część wzięła namiot wczoraj, druga część dziś oraz jedzenie i gaz. O prywatnych rzeczach (śpiwor, karimata itd.) nie wspominam, bo to już indywidualna sprawa kto w czym i na czym śpi. Jeśli ktoś ma cały ekwipunek mega ciężki to już jego problem.
Czuję się znakomicie (o dziwo). Przygotowuję przez resztę dnia picie i jedzenie dla siebie i Alberto, który jest bardzo zmęczony. Dostał kisiel i parę innych polskich specjałów i jest zachwycony. Mimo zmęczenia, swym angielsko-hiszpańskim wyraża sporo optymizmu. Pozostałe dwie osoby nie mogą nic jeęś, sam zapach powoduje u nich mdłości. To też objaw kiepskiej reakcji na wysokość. U mnie żolądek w porządku, trawie w miare dobrze, choć o obżeraniu się nie ma mowy.


25.04.2009
dzień w bazie. Jutro idziemy do gory. Pierwsza grupa poszla dziś. Ja ciagle na antybiotyku, więc idę jutro. Poza tym wedlug kalendarza buddyjskiego najlepszy dzień na wyjście to właśnie jutro. Niektórzy tego nie przestrzegają, ja choć buddystką nie jestem, to prawa i zwyczaje obowiazujące tu respektuje. Wczoraj była puja. Za pomyslność i przychylność Góry. Pakuję plecak. Robi się coraz cięższy.


24.04.2009
Pierwsza noc cała przespana bez kaszlu. Cieszę się bardzo. W końcu też odważyłam się umyć po paru dniach głowe. Czuję się jak nowo narodzona. Ale trzeba uważać, bo zdrowa do końca nie jestem. Nasze bagaże ciągle docierają do bazy.
Dziś też zaczęliśmy się oporządzać, suszyć ekwipunek, przygotowywać rzeczy do wyjścia do góry.  Dzień organizacyjny i aklimatyzacyjny. Część osób wyszła na małe spacery, część robi pranie, niektórzy piszą dziennik z wyprawy. Czwarty dzień brania antybiotyku. Dziś zbada mnie ponownie lekarz i zadecyduje jak będzie przebiegać dalsza kuracja.

W bazie jest kilka wypraw: koreańska (podobno jedna Koreanka chce wspiąć się na ostatnie pieć ośmiotysięczników do końca tego roku, korzystając z udogodnienia licznych Szerpów i tym samym zostając pierwszą kobietą z Koroną Himalajów. Jednak nikt o niej nie słyszał, ani tez nie możemy jej namierzyć w bazie, gdzieś się ukrywa jak na razie), jedna hiszpańsko-baskijska (Edurne Pasaban z telewizją hiszpanską), moja - czyli katalońsko-baskijsko-polsko-andorska - i podobno ma przybyć jeden Amerykanin.
Moja grupa liczy jak na razie 7 osób, za 2 tygodnie przybędą jeszcze dwie - w tym Oscar Cadiach. W tej chwili funckje "lidera" (bardzo liberalnego i przyjaznego) sprawuje Alberto Zerain (Bask), którego może co niektórzy kojarzą z zeszłorocznym wypadkiem na K2. Alberto jako jedyny stanął wówczas na szczycie i jako jeden z nielicznych przeżył tamten wypadek, zszedł bez szwanku do bazy.


23.04.2009
Leżę w śpiworze, przesypiam połowę dnia, słucham muzyki i... nabieram sił. Namiot obróciłam tak, by móc patrzeć na Kanczendzonge. Mój trzeci dzień na antybiotyku. Muszę się wyleczyć, żeby w ogóle coś zacząć na Górze. Ale tak widocznie ma być. I tak mój organizm się przyzwyczaja do wysokości, i tak byśmy spędzili dwa, trzy dni w bazie, aklimatyzując się. Jesteśmy w końcu na 5500m, to dość wysoko jak na bazę himalajską. Nasze bagaże wciąż docierają powoli z Ramche, nie mam jeszcze wszystkiego, tylko najpotrzebniejsze rzeczy np. śpiwór. Więc bez wyrzutów sumienia wypoczywam. Jedyne co dobre, to to, że nie odczułam za bardzo wysokości, dobrze ją znosze, głowa nie boli.  

Dziś jest dzień Świętego Grzegorza (Sant George - ang, Sant Jordi - cat., San Jorge - esp.). Mówiąc krótko - taki Dzień Zakochanych, ale obchodzony tylko w Katalonii, w Hiszpanii już nie. Święty Grzegorz to patron dwóch hiszpańskich regionów: Katalonii oraz Aragonii, a podobno takżę patron Anglii i Rosji. W Katalonii w ten dzień jest wielki festyn, wzdłuż ulic rozłożonych jest mnóstwo stołów, studenci sprzedają kwiaty oraz ksiażki, gdyż zgodnie z tradycją mężczyźni dają kobietom jedną różę, zaą kobiety mężczyznom - książkę.

Jak już kiedyś pisałam w którejś z poprzednich relacji, Baskowie i Katalończycy w ogóle nie czują się Hiszpanami (jedni o drugich na wzajem wyrażają się z lekką ironią), bardzo podkreśla się wszelkie odrębności, tradycje oraz kulturę danych regionów. Z tej racji, że jest tu kilku Katalończykow - leżąc i siąpiąc nosem w śpiworze - dostałam kilka zasuszonych kwiatków, bardziej przypominających źdzbła trawy, ale liczy się sam fakt, jakże miły...


22.04.2009
Ostatni dzień przed bazą, dziś do niej dotrzemy. Czuję się tak, jakbym już jedną ekspedycję odbyła, tak długa ta karawana...  Idziemy środkiem moreny, słońce praży z góry, mija się kolejny kilometr, raz w góre, raz w dół. Długi, wielokilometrowy, nużący odcinek, przypominający mi lodowiec Zwiezdoczka pod Pikiem Pobiedy. Dziś mamy do zrobienia jakieś 700metrów w pionie. Dla naszych tragarzy (12 jedynie), to bardzo ciężki dzień. Dotrą do bazy dopiero pod wieczór.
(....)
Dotarliśmy do bazy po południu, zostaliśmy przywitani przez grupe Edurne Pasaban, która tu już jest od paru dni, dobrym obiadem. Dla mnie to jak uratowanie życia, bo cały dzień idę na antybiotyku. Kaszel męczy, czuję się bardzo słabo. Moi koledzy z ekipy (Alberto Zerain i Francisco Goni - Patxi) rozstawili mój namiot, do którego się doczłapałam i mówiąc krótko - padłam.
Do końca dnia i w nocy lężę w śpiworze, kaszel męczy bardzo, temperatura cały czas powyżej 37 stopni. Zbadał mnie lekarz, którego znam zresztą z Broad Peaka (Jorge Egocheaga) i na szczęście stwierdził, że oskrzela w porządku. Antybiotyk jednak trzeba kontunuować. Powiem szczerze, że niewiele pamiętam z reszty popołudnia.


21.04.2009
Dziś wyszliśmy z Ramche w stronę bazy. Będziemy nocować na lodowcu (morenie). Droga długa i nużąca. czuję się tak sobie. Miałam nadzieję, że po dzisiejszej nocy będzie lepiej, ale nie jest.
Po dotarciu na lodowiec mam dreszcze, potem czuję, że łapie mnie temperatura. Udaje mi się odnaleźć jakić termometr, no i niestety okazuje się, że jest około 37.5 stopni. Niby nie tak dużo, ale na tej wysokości może się przemienić w coś gorszego, łącznie z zapaleniem płuc.
Konsultuje się z panią doktor, czyli Kasią Skłodowską (moja partnerka z Dhaulagiri) oraz z lekarzem, który jest już w bazie, no i... antybiotyk.
Cho... jasna! Nic więcej nie powiem. Z drugiej strony lepiej wziąć teraz, bo i tak czeka nas pare dni aklimatyzacyjnych w bazie.


20.04.2009
Ciągle w Ramche. Z powodu tragarzy, ale ja też wolę być tutaj, niż na 5600m. Część już naszych rzeczy jest w połowie drogi do bazy, na lodowcu, część tutaj.
Ja się rozłozyłam na dobre. Rano jeszcze czuję się jako tako, po poludniu walczę z temperaturą. Nos czerwony, śpię w czapce i kurtce puchowej. Ciężko się wyleczyć na tej wysokości, ale spróbuję. Nie chcę brać antybiotyku, bo osłabnę na dobre, więc jem różne mikstury typu czosnek z mlekiem i miodem. Siedzę w śpiworze i przeglądam materiał filmowy, który nagrałam podczas karawany. Mam nadzieję, że zobaczycie go w najbliższy weekend w DDTVN, Jeśli nasze solary nie skapitulują i naładuje kompa oraz modem satelitarny.


19.04.2009
Wczoraj dotarliśmy (wreszcie!) do Ramche na około 4500m. Tu zostaniemy dzień lub dwa. Po pierwsze dlatego, bo chcemy się zaklimatyzować na tej wysokości, po drugie - tutaj kończy swą wędrowkę wiekszość naszych tragarzy. Pozostają tylko ci najsilniejsi, którzy dają radę dotrzeć do bazy na wysokość 5600m. Ten ostatni dwudniowy odcinek, który ma około 1000m. przewyższenia, pokonuje się w 2 dni, z powodu dystansu (odcinek jest długi), po drugie z powodu trudności (idzie się przez trudny lodowiec).
Oczywiście tutaj też zaczynają się twarde negocjacje. Ludzie z wiosek, którzy pomagaja nam w dotarciu z ładunkami do bazy, doskonale wiedzą, że jesteśmy w "środku" trekku, tak więc targują się ostro. Stawkę podnieślismy kilkakrotnie, by nam wszyscy nie uciekli, jak to mają tutaj w zwyczaju robić. Ale i tak zostało tylko z 10 portersów, tak więc cały nasz ekwipunek musimy dostarczać do bazy wahadłowo.
Nie czułam się wcale dobrze. Zaczely dokuczać mi zatoki, które raz w roku się odzywają. Potem gardło, a po południu musiałam się położyć.


17.04.2009
Dziś rano poczułam się zmęczona. Pospałabym jeszcze z godzinę. Po wczorajszym dniu czuję jak mnie boli kark od plecaka i połowa pleców. Całe popoludnie wczoraj i noc padało i zrobiło się potwornie zimno. A my przyszliśmy zgrzani, spoceni i trzęślismy się z zimna. Przed pójściem spać musiałam wyprosić jeszcze parę stworzeń z namiotu. Istny zwierzyniec złozony m.in. z pająków, pijawek i innego robactwa.
Po poludniu dotarliśmy do Tseram (3870 m). Zaraz potem zerwała się ulewa,a następnie zaczał padać śnieg. Zobaczyliśmy tez pierwsze wyższe góry.
Zaczyna się robić zimno..


16.04.2009
Dotarliśmy do Tortong. Dziś długi dzień. Szliśmy 8 godzin nie oszczedzając się, byl tylko krótki lunch, który mieliśmy że sobą (jajko, ciapata, kawałek sera). Pijawki nie odpuszczają.
Zrobiliśmy ponad 1600 metrów przewyższenia i ponad 800 metrów zeszliśmy z powrotem w dół. Tak więc wysokość cały czas niewielka - obecnie 3000 m n.p.m. Jedyne co było dziś dobre,to to, że szliśmy w cieniu, bo cały czas ścieżkami przez las, który przypomina dżunglę amazońską: bardzo wilgotny, bo codziennie pod wieczór i w nocy pada. Ale to i tak nic w porównaniu z porterami, którzy ida przeciez z ładunkami. Jeszcze 5 dni do bazy.. (...) Myślami byłam w Polsce, przy pożegnaniu Piotrka.


15.04.2009
Kolejny skwarny dzień za nami i wioska Yamphudin (2080 m). KOSZMARNIE GORĄCO. Pot lał się strumieniami. Szliśmy jakieś 8 godzin, ale z przerwami.
Podrążyliśmy sprawę mięsa. Nie ma, bo w tak długiej karawanie by się zepsuło,a żywego nie można zabierać, bo nie wolno zabijać w miejscu świetym - czyli w górach. Poza tym w tym roku trawa słaba i zwierzaki chude, w wioskach które mijamy nic nie ma, czasem jedna kurka na krzyż. Ale jest szansa że kupimy coś z drugiej doliny, ale to dopiero za pare dni.
Gdyby nas stać bylo na helikopter, oczywiscie nie byłoby tematu. Ale jest jak jest i trzeba znaleźć rozwiązanie.


14.04.2009
Dziś dotarliśmy do Mamanghke. Szło mi się całkiem nieźle, w porównaniu do poprzedniego dnia, kiedy było bardzo gorąco. Już standardem stało się, że po południu zawsze pada (wczoraj ciężki grad), więc wychodzimy około 6 rano. Dziennie wychodzi od 6 do 8 godzin marszu. Jestesmy zaledwie na niecałych 2 tysiącach, więc droga do bazy na 5600 m jeszcze długa. Jedyne co mnie martwi, to strasznie słabe jedzenie, jak tak dalej pojdzie, to osłabniemy dość szybko.
Dziś znów na obiad jakas zielsko, które jest przyrządzane we wszystkich odmianach jako sałatka, w zupie, do tego ryż, ewentualnie chleb, mięsa ani widu ani słychu. A że mnie, przyznaje się oficjalnie, żaden wegetarianin, mięso lubie i to dobrze przyrządzone. Chyba pożegnam się z tym upodobaniem przez najbliższe tygodnie.


13.04.2009
Dotarliśmy do kolejnej wioski na trasie do bazy. Szliśmy małymi krętymi ścieżkami, około 6 godzin w potwornym upale.
Po ostatniej nocy jestem pogryziona przez pijawki. Jedną z nich przyłapałam na gorącym uczynku i już potem nie mogłam zasnąć. Ciągle wydawało mi sią że są wszędzie..


12.04.2009
Wielkanoc.Czas szczególny. Wszystkim składam jak najlepsze życzenia z okazji Świąt Wielkiej Nocy. W Polsce obchodzona jest bardzo uroczyście. Tutaj z racji zupełnie innej religii - hinduizmu w przewadze, a także buddyzmu, możemy jedynie sami obchodzić te Święta w wąskim gronie Europejczyków.
Co się działo u mnie w te ostatnie dni? Próbowaliśmy się wydostać z Katmandu do Taplejung, ostatniej miejscowości do której można dotrzeć jakimś środkiem transportu (liczyliśmy na miejscowy samolot, bo to daleko (na wschodzie Nepalu). To bardzo trudne bo w tym miejscu jest ciągle zła pogoda, więc z samolotem cieżko,a po drodze zamieszki i Maoiści... Dotarliśmy wreszcie do Biratnagat (w połowie drogi) i tam znów utkneliśmy. W końcu udało się wynegocjować jakieś jeepy, które dowiozły nas po wielu trudach, nabitych guzach do Taplejung i wtedy... jak na złość następnego dnia samolot wylądował. Na pasie startowym przygotowanym na łace. Tak więc Wielkanoc zastała mnie w drodze - podczas pieszej karawany, która potrwa jeszcze z 9 dni.
Dziś dowiedzieliśmy się też, że Edurne Pasaban, która jest parę dni drogi przed nami, utknęła tuż przed bazą, gdyż uciekli tragarze.
Tak więc samo już dotarcie do bazy, stanowi nie lada wyzwanie. Jeszcze nigdy, nigdzie nie miaŁam tylu problemów do pokonania podczas trekkingu, co tutaj. No ale to też integralna część wyprawy. Nie na darmo Kanczendzonga słynie z niewielkiej ilości wejść na wierzcholek.. I
dzie się przez jeszcze bardziej dzikie i biedniejsze wioski, niż podczas trekingu pod Manaslu. Można zobaczyć prawdziwy Nepal od środka, nietknięty za bardzo cywilizacją, gdyż w to miejsce nie zapuszcza się zbyt wielu gringos (białych).


09.04.2009
Trudno wyrazic slowami to co czuję. (....).
Odszedł wielki himalaista i wspanialy czlowiek - Piotr Morawski. Zginal podczas wspinaczki na Dhaulagiri. Mialam okazje być razem z nim na dwoch wyprawach (Broad Peak i Nanga Parbat).

Przekazuje wyrazy współczucia najbliższej rodzinie Piotra.


04.04.2009
Kathmandu. To już moja piata wizyta w tym miescie. Jadac z lotniska przez znajome uliczki, pomyslalam sobie, że bylam tu zaledwie pare tygodni temu i że znam to miasto coraz lepiej... i coraz bardziej domowe mi się wydaje.
że znajomymi poumawialam się w konkretnych knajpkach z kilkutygodniowym wyprzedzeniem i mimo że telefony za bardzo nie dzialaja, wszyscy przychodza o wyznaczonej godzinie, w wyznaczonym dniu na umowione miejsce. Chyba tutaj czlowiek zaczyna inaczej funkcjonowac.
Moj depozyt czekal tu na mnie od zeszlej jesieni, od ekspedycji na Manaslu. Wyslalam więc w cargo zaledwie coś do jedzenia, by miec polskie wiktualy na stole, szczegolnie podczas Wielkanocy.
Na wyprawe jade z grupa hiszpanska, ktorej liderem jest Oscar Cadiach. Poprawniej byloby powiedziec katalonsko-baskijska, ale jest tez jedna osoba z Andory. Razem jest nas dziewiatka


23.03.2009
Wyruszam na Kanczendzongę, trzeci szczyt świata. Startuję na początku kwietnia do Kathmandu, tam czekam na swoich współtowarzyszy, a następnie po załatwieniu wszystkich niezbędnych formalności ruszam w stronę szczytu.
W tej chwili próbuje podopinać wszystko na ostatni guzik, choć nie ukrywam, że jest tego strasznie dużo…
Z Polski wyruszam sama, jednakże na miejscu działać będę wraz kilkuosobową grupą hiszpańską.

 ZOBACZ FILMY Z WYPRAWY

zobacz zdjęcia z wyprawy

Prasa o I wejsciu Kingi na Kandzendzonge:
Rzeczpospolita



IMMUNOCAL


FUNDACJA WSPIERANIA ALPINIZMU POLSKIEGO IM. JERZEGO KUKUCZKI


Alpinus Expedition Team


La Sportiva


Klub Wysokogórski Warszawa


aktualizacja i opieka nad serwisem:
PanoramiX - wirtualne panoramy sklodowski.pl

 
   
   
   
     
   
 


Fot. Piotr Pustelnik

Masyw Kangchenjungi jest nawet jak na wymiary Himalajów ogromny. W głównym masywie wyodrębniają się cztery wysokie kulminacje; zachodnia – Yalung Kang (8505 m.), południowa (8473 m.), środkowa (8482 m.) i główna (8598 m.). Nieco dalej na zachód masyw kulminuje się w szczyt Kangbachen (7902 m.). Masyw otacza pięć lodowców; lodowiec Kangchenjunga, Zemu, Talung, Ramtang i Yalung.


Fot. Ferran Latorre


Fot. Ferran Latorre

 
     
kontakt     linki     sponsoring
© copyright 2002-2009 Kinga Baranowska