|
Poprzednie wyprawy na: Manaslu 2008 Dhualagiri 2008, Dhualagiri 2007, Nanga Parbat 2007, Mount McKinley 2007 |
||||||
|
|
||||||
| KANCZENDZONGA Kanczendzonga (ang. Kangchenjunga) - 8598 m n.p.m. (wg innych źródeł 8586 m). W języku tybetańskim oznacza „Pięć Skarbnic Wielkiego Śniegu”). To trzeci szczyt Ziemi i drugi co do wysokości szczyt Himalajów, położony na granicy Nepalu z Sikkimem. Do tej pory zdobyty przez trójkę Polaków: Jerzego Kukuczkę, Krzysztofa Wielickiego (zimą '86 r.) oraz Piotra Pustelnika (latem 2001 r.). Na szczycie stanęły zaledwie dwie kobiety z całego świata. 18 maja 2009 roku Kinga Baranowska stanęła na Kanczendzondze jako pierwsza Polka. RELACJE:
24.05.2009
Kinga Baranowska - na szczycie...
22.04.2009
Ostatni dzień przed bazą, dziś do niej dotrzemy. Czuję się tak, jakbym już jedną ekspedycję odbyła, tak długa ta karawana... Idziemy środkiem moreny, słońce praży z góry, mija się kolejny kilometr, raz w góre, raz w dół. Długi, wielokilometrowy, nużący odcinek, przypominający mi lodowiec Zwiezdoczka pod Pikiem Pobiedy. Dziś mamy do zrobienia jakieś 700metrów w pionie. Dla naszych tragarzy (12 jedynie), to bardzo ciężki dzień. Dotrą do bazy dopiero pod wieczór. (....) Dotarliśmy do bazy po południu, zostaliśmy przywitani przez grupe Edurne Pasaban, która tu już jest od paru dni, dobrym obiadem. Dla mnie to jak uratowanie życia, bo cały dzień idę na antybiotyku. Kaszel męczy, czuję się bardzo słabo. Moi koledzy z ekipy (Alberto Zerain i Francisco Goni - Patxi) rozstawili mój namiot, do którego się doczłapałam i mówiąc krótko - padłam. Do końca dnia i w nocy lężę w śpiworze, kaszel męczy bardzo, temperatura cały czas powyżej 37 stopni. Zbadał mnie lekarz, którego znam zresztą z Broad Peaka (Jorge Egocheaga) i na szczęście stwierdził, że oskrzela w porządku. Antybiotyk jednak trzeba kontunuować. Powiem szczerze, że niewiele pamiętam z reszty popołudnia. 21.04.2009 Dziś wyszliśmy z Ramche w stronę bazy. Będziemy nocować na lodowcu (morenie). Droga długa i nużąca. czuję się tak sobie. Miałam nadzieję, że po dzisiejszej nocy będzie lepiej, ale nie jest. Po dotarciu na lodowiec mam dreszcze, potem czuję, że łapie mnie temperatura. Udaje mi się odnaleźć jakić termometr, no i niestety okazuje się, że jest około 37.5 stopni. Niby nie tak dużo, ale na tej wysokości może się przemienić w coś gorszego, łącznie z zapaleniem płuc. Konsultuje się z panią doktor, czyli Kasią Skłodowską (moja partnerka z Dhaulagiri) oraz z lekarzem, który jest już w bazie, no i... antybiotyk. Cho... jasna! Nic więcej nie powiem. Z drugiej strony lepiej wziąć teraz, bo i tak czeka nas pare dni aklimatyzacyjnych w bazie. 20.04.2009 Ciągle w Ramche. Z powodu tragarzy, ale ja też wolę być tutaj, niż na 5600m. Część już naszych rzeczy jest w połowie drogi do bazy, na lodowcu, część tutaj. Ja się rozłozyłam na dobre. Rano jeszcze czuję się jako tako, po poludniu walczę z temperaturą. Nos czerwony, śpię w czapce i kurtce puchowej. Ciężko się wyleczyć na tej wysokości, ale spróbuję. Nie chcę brać antybiotyku, bo osłabnę na dobre, więc jem różne mikstury typu czosnek z mlekiem i miodem. Siedzę w śpiworze i przeglądam materiał filmowy, który nagrałam podczas karawany. Mam nadzieję, że zobaczycie go w najbliższy weekend w DDTVN, Jeśli nasze solary nie skapitulują i naładuje kompa oraz modem satelitarny. 19.04.2009 Wczoraj dotarliśmy (wreszcie!) do Ramche na około 4500m. Tu zostaniemy dzień lub dwa. Po pierwsze dlatego, bo chcemy się zaklimatyzować na tej wysokości, po drugie - tutaj kończy swą wędrowkę wiekszość naszych tragarzy. Pozostają tylko ci najsilniejsi, którzy dają radę dotrzeć do bazy na wysokość 5600m. Ten ostatni dwudniowy odcinek, który ma około 1000m. przewyższenia, pokonuje się w 2 dni, z powodu dystansu (odcinek jest długi), po drugie z powodu trudności (idzie się przez trudny lodowiec). Oczywiście tutaj też zaczynają się twarde negocjacje. Ludzie z wiosek, którzy pomagaja nam w dotarciu z ładunkami do bazy, doskonale wiedzą, że jesteśmy w "środku" trekku, tak więc targują się ostro. Stawkę podnieślismy kilkakrotnie, by nam wszyscy nie uciekli, jak to mają tutaj w zwyczaju robić. Ale i tak zostało tylko z 10 portersów, tak więc cały nasz ekwipunek musimy dostarczać do bazy wahadłowo. Nie czułam się wcale dobrze. Zaczely dokuczać mi zatoki, które raz w roku się odzywają. Potem gardło, a po południu musiałam się położyć. 17.04.2009 Dziś rano poczułam się zmęczona. Pospałabym jeszcze z godzinę. Po wczorajszym dniu czuję jak mnie boli kark od plecaka i połowa pleców. Całe popoludnie wczoraj i noc padało i zrobiło się potwornie zimno. A my przyszliśmy zgrzani, spoceni i trzęślismy się z zimna. Przed pójściem spać musiałam wyprosić jeszcze parę stworzeń z namiotu. Istny zwierzyniec złozony m.in. z pająków, pijawek i innego robactwa. Po poludniu dotarliśmy do Tseram (3870 m). Zaraz potem zerwała się ulewa,a następnie zaczał padać śnieg. Zobaczyliśmy tez pierwsze wyższe góry. Zaczyna się robić zimno.. 16.04.2009 Dotarliśmy do Tortong. Dziś długi dzień. Szliśmy 8 godzin nie oszczedzając się, byl tylko krótki lunch, który mieliśmy że sobą (jajko, ciapata, kawałek sera). Pijawki nie odpuszczają. Zrobiliśmy ponad 1600 metrów przewyższenia i ponad 800 metrów zeszliśmy z powrotem w dół. Tak więc wysokość cały czas niewielka - obecnie 3000 m n.p.m. Jedyne co było dziś dobre,to to, że szliśmy w cieniu, bo cały czas ścieżkami przez las, który przypomina dżunglę amazońską: bardzo wilgotny, bo codziennie pod wieczór i w nocy pada. Ale to i tak nic w porównaniu z porterami, którzy ida przeciez z ładunkami. Jeszcze 5 dni do bazy.. (...) Myślami byłam w Polsce, przy pożegnaniu Piotrka. 15.04.2009 Kolejny skwarny dzień za nami i wioska Yamphudin (2080 m). KOSZMARNIE GORĄCO. Pot lał się strumieniami. Szliśmy jakieś 8 godzin, ale z przerwami. Podrążyliśmy sprawę mięsa. Nie ma, bo w tak długiej karawanie by się zepsuło,a żywego nie można zabierać, bo nie wolno zabijać w miejscu świetym - czyli w górach. Poza tym w tym roku trawa słaba i zwierzaki chude, w wioskach które mijamy nic nie ma, czasem jedna kurka na krzyż. Ale jest szansa że kupimy coś z drugiej doliny, ale to dopiero za pare dni. Gdyby nas stać bylo na helikopter, oczywiscie nie byłoby tematu. Ale jest jak jest i trzeba znaleźć rozwiązanie. 14.04.2009 Dziś dotarliśmy do Mamanghke. Szło mi się całkiem nieźle, w porównaniu do poprzedniego dnia, kiedy było bardzo gorąco. Już standardem stało się, że po południu zawsze pada (wczoraj ciężki grad), więc wychodzimy około 6 rano. Dziennie wychodzi od 6 do 8 godzin marszu. Jestesmy zaledwie na niecałych 2 tysiącach, więc droga do bazy na 5600 m jeszcze długa. Jedyne co mnie martwi, to strasznie słabe jedzenie, jak tak dalej pojdzie, to osłabniemy dość szybko. Dziś znów na obiad jakas zielsko, które jest przyrządzane we wszystkich odmianach jako sałatka, w zupie, do tego ryż, ewentualnie chleb, mięsa ani widu ani słychu. A że mnie, przyznaje się oficjalnie, żaden wegetarianin, mięso lubie i to dobrze przyrządzone. Chyba pożegnam się z tym upodobaniem przez najbliższe tygodnie. 13.04.2009 Dotarliśmy do kolejnej wioski na trasie do bazy. Szliśmy małymi krętymi ścieżkami, około 6 godzin w potwornym upale. Po ostatniej nocy jestem pogryziona przez pijawki. Jedną z nich przyłapałam na gorącym uczynku i już potem nie mogłam zasnąć. Ciągle wydawało mi sią że są wszędzie.. 12.04.2009 Wielkanoc.Czas szczególny. Wszystkim składam jak najlepsze życzenia z okazji Świąt Wielkiej Nocy. W Polsce obchodzona jest bardzo uroczyście. Tutaj z racji zupełnie innej religii - hinduizmu w przewadze, a także buddyzmu, możemy jedynie sami obchodzić te Święta w wąskim gronie Europejczyków. Co się działo u mnie w te ostatnie dni? Próbowaliśmy się wydostać z Katmandu do Taplejung, ostatniej miejscowości do której można dotrzeć jakimś środkiem transportu (liczyliśmy na miejscowy samolot, bo to daleko (na wschodzie Nepalu). To bardzo trudne bo w tym miejscu jest ciągle zła pogoda, więc z samolotem cieżko,a po drodze zamieszki i Maoiści... Dotarliśmy wreszcie do Biratnagat (w połowie drogi) i tam znów utkneliśmy. W końcu udało się wynegocjować jakieś jeepy, które dowiozły nas po wielu trudach, nabitych guzach do Taplejung i wtedy... jak na złość następnego dnia samolot wylądował. Na pasie startowym przygotowanym na łace. Tak więc Wielkanoc zastała mnie w drodze - podczas pieszej karawany, która potrwa jeszcze z 9 dni. Dziś dowiedzieliśmy się też, że Edurne Pasaban, która jest parę dni drogi przed nami, utknęła tuż przed bazą, gdyż uciekli tragarze. Tak więc samo już dotarcie do bazy, stanowi nie lada wyzwanie. Jeszcze nigdy, nigdzie nie miaŁam tylu problemów do pokonania podczas trekkingu, co tutaj. No ale to też integralna część wyprawy. Nie na darmo Kanczendzonga słynie z niewielkiej ilości wejść na wierzcholek.. I dzie się przez jeszcze bardziej dzikie i biedniejsze wioski, niż podczas trekingu pod Manaslu. Można zobaczyć prawdziwy Nepal od środka, nietknięty za bardzo cywilizacją, gdyż w to miejsce nie zapuszcza się zbyt wielu gringos (białych). 09.04.2009 Trudno wyrazic slowami to co czuję. (....). Odszedł wielki himalaista i wspanialy czlowiek - Piotr Morawski. Zginal podczas wspinaczki na Dhaulagiri. Mialam okazje być razem z nim na dwoch wyprawach (Broad Peak i Nanga Parbat). Przekazuje wyrazy współczucia najbliższej rodzinie Piotra. 04.04.2009 Kathmandu. To już moja piata wizyta w tym miescie. Jadac z lotniska przez znajome uliczki, pomyslalam sobie, że bylam tu zaledwie pare tygodni temu i że znam to miasto coraz lepiej... i coraz bardziej domowe mi się wydaje. że znajomymi poumawialam się w konkretnych knajpkach z kilkutygodniowym wyprzedzeniem i mimo że telefony za bardzo nie dzialaja, wszyscy przychodza o wyznaczonej godzinie, w wyznaczonym dniu na umowione miejsce. Chyba tutaj czlowiek zaczyna inaczej funkcjonowac. Moj depozyt czekal tu na mnie od zeszlej jesieni, od ekspedycji na Manaslu. Wyslalam więc w cargo zaledwie coś do jedzenia, by miec polskie wiktualy na stole, szczegolnie podczas Wielkanocy. Na wyprawe jade z grupa hiszpanska, ktorej liderem jest Oscar Cadiach. Poprawniej byloby powiedziec katalonsko-baskijska, ale jest tez jedna osoba z Andory. Razem jest nas dziewiatka 23.03.2009 Wyruszam na Kanczendzongę, trzeci szczyt świata. Startuję na początku kwietnia do Kathmandu, tam czekam na swoich współtowarzyszy, a następnie po załatwieniu wszystkich niezbędnych formalności ruszam w stronę szczytu. W tej chwili próbuje podopinać wszystko na ostatni guzik, choć nie ukrywam, że jest tego strasznie dużo… Z Polski wyruszam sama, jednakże na miejscu działać będę wraz kilkuosobową grupą hiszpańską. |
ZOBACZ FILMY Z WYPRAWY
|
|||||
![]() |
||||||
|
Masyw Kangchenjungi jest nawet jak na wymiary Himalajów ogromny. W głównym masywie wyodrębniają się cztery wysokie kulminacje; zachodnia – Yalung Kang (8505 m.), południowa (8473 m.), środkowa (8482 m.) i główna (8598 m.). Nieco dalej na zachód masyw kulminuje się w szczyt Kangbachen (7902 m.). Masyw otacza pięć lodowców; lodowiec Kangchenjunga, Zemu, Talung, Ramtang i Yalung.
|
||||||
|
© copyright 2002-2009 Kinga Baranowska |