kinga baranowska
  news   wyprawy/galerie   media/zdjęcia   bio   konferencje
     
 
 
SHISHA PANGMA - 8027 m n.p.m. (w niektórych źródłach 8013 m)
Najniższy (czternasty) z ośmiotysięczników i najpóźniej zdobyty, bo dopiero w 1964 roku. Szczyt położony całkowicie w Tybecie (po stronie chińskiej) w paśmie Himalajów. Przez wiele lat Shisha Pangma znana była pod sanskrycką nazwą Gosainthan, co oznacza Miejsce Świętych. Przyjmuje się, że nazwa góry wiąże się z jej położeniem w pobliżu świętego jeziora Hindusów, które znajduje się przy granicy po stronie nepalskiej. Ma też swoja tybetańską nazwę: Grań nad Trawiastą Równiną oraz chińską: Zła Pogoda (nazwa nawiązuje do gwałtownych zjawisk atmosferycznych występujących w okolicy tego odosobnionego szczytu).

Polskie wejscia na główny wierzchołek Shisha Pangma:
1987 - Ryszard Warecki, Wanda Rutkiewicz (droga normalna)
1987 - Artur Hajzer, Jurek Kukuczka (nowa droga zachodnią granią)
1993 - Piotr Pustelnik (droga słoweńska)
1993 - Krzysztof Wielicki (nowa droga na południowewj ścianie, samotnie)
1996 - Jacek Berbeka
2005 - Piotr Morawski (pierwsze zimowe wejście na szczyt; droga słoweńska)

Warto też wspomnieć o nowej trudnej drodze Wojtka Kurtyki w 1991 roku na południowej ścianie, ukończonej na środkowym wierzchołku Shisha Pangma.

Shisha Pangma oprócz wierzchołka głównego (main summit) posiada również dwa inne wierzchołki: wierzchołek środkowy (middle summit) oraz wierzchołek centralny (central summit). Na wierzchołku centralnym o podawanej wysokości od 7996 m do 8006 m, leżącym najbardziej na zachód, kończy wspinaczkę wielu alpinistów, nie dochodząc do głównego szczytu.


Serdeczne podziekowania dla Sponsorow

RELACJE:


POWRÓT

Kinga przylatuje na lotnisko Okęcie w Warszawie 20 października o godzinie 11.00



12.10.2009

Wyszliśmy wczoraj wcześnie rano do obozu I. To nie jest krótka droga, normalnie zajmuje około 6 godzin, myśmy wczoraj szli dłużej, bo już od dawna nie było śladów na trasie i od czasu do czasu torowaliśmy. Jednak największym problemem był wiatr. Początkowo całkiem znośny, potem, już w okolicach obozu I na 6800 m zaczął nas przewracać na kolana, musieliśmy zakrywać twarz, bo kawałki lodu i zmrożonego śniegu boleśnie uderzały nas w twarz.



Jednakże najgorsze z tego wszystkiego było coś innego. Gdy dotarliśmy w trójke do jedynki (Nick został z tyłu), zauważyliśmy, że nie ma naszych namiotów. Mimo silnego wiatru, niemożliwością było, by wiatr porwał wszystkie namioty z jedynki (jest troche osłonięta); ze smutkiem stwierdziliśmy, że ktoś zabrał cały nasz ekwipunek. Prawdopodobnie zrobili to Szerpowie z komercyjnych wypraw i pewnie taki sam los spotkał rzeczy z obozów wyżej, Podlamaliśmy się na dobre. Wiatr taki, że od połowy drogi marzyliśmy by się schronić w namiocie i zacząć gotować, a po przyjściu tylko puste miejsca po namiotach. To się nazywa po prostu kradzież. Niestety zdarza się na niektórych ośmiotysięcznikach, gdzie również przyjeżdzają komercyjne wyprawy z Szerpami. Myśmy Szerpów nie mieli, ponadto chcieliśmy robić jako nieliczni drogę Inakiego na główny wierzchołek, no i to z pewnością nie spodobało się co poniektórym. Wróciliśmy późnym wieczorem do bazy. Wyczerpani. Prognozy nie rokują lepszej pogody. Zdecydowaliśmy zakończyć wyprawę. Zrobiliśmy wszystko co mogliśmy.
Ale jesteśmy za to cali i zdrowi. To dla nas najważniejsze.


10.10.2009

Spróbujemy wyjść jutro do góry. Ciągle trwa szaleństwo z wiatrem, w bazie jest ponad 60km/h i wywraca wszystko. W nocy jest ciężko spać. Jednak wiatr ma ciut zelżeć w okolicach 14-go w okolicach szczytu (do 50km/h) i to jest jedyny dzień gdy ma być lepiej. Ciągle jednak nie wiemy jak głeboki jest śnieg chociażby do jedynki i czy w ogóle tam dotrzemy. Nie wiemy też czy nasze namioty z rzeczami (z niezbędnym kombinezonem puchowym chociażby) ciągle są w namiotach, więc zabieramy ponownie niektóre rzeczy...
Myślcie o nas proszę, wychodzimy w czwórkę


09.10.2009

Zaczęła się walka. Psychiczna. By wytrzymać. dziś w nocy myślałam, że mój namiot odfrunie i polecę jak Sindbad na dywanie. Tak już jest od paru dni. Nie można zrobić kroku bo wiatr przewraca. Wiatr chyba najsilniej działa na psyche, szczególnie kiedy siedzi się w namiocie i tropik huczy tak że własnych myśli nie słychać. Znam ten motyw, staram się wychodzić wtedy na zewnątrz i nie słuchać huczenia. Ile jeszcze tak będzie? Tak bym chciała by się uspokoiło.


06.10.2009



Nie udało mi się wyjście na wierzchołek. Długo by pisać..., ale czasem tak jest i trzeba to zaakceptować. Za to Andrew and Neil stanęli na szczycie głównym 2-giego października (jako jedyni jak dotąd). W drodze powrotnej zaliczyli biwak na ok. 7600 m, bo byli bardzo późno na wierzchołku. Spedzili całą noc pod gołym niebem, dobrze że obyło się bez odmrożen. Biwak to coś czego bardzo się obawiam, z racji moim uprzednich złych doświadczeń z odmrożeniami.
Pogoda się niestety zepsuła. Pada, pada, pada. Kiedy przez wiele dni jest zła pogoda, ciągle śnieży i brak Słońca, bardzo szybko ludzie tracą motywację. I to bardzo szybko.
Niestety, mamy podstawy do obaw. Są śmiałkowie (Szerpowie jednej Japonki), którzy próbowali wyjść do obozu I, ale nie doszli. Śnieg prawie po pas . Zastanawiamy się, czy chociaż odzyskamy nasze rzeczy... Podobno ma jeszcze padać parę dni, potem ma być silny wiatr (pow. 70 km/h) i dopiero około 14-go pogoda ma się poprawić.
Trudne to czekanie, no i nasze pozwolenia na działalność tutaj też się powoli kończą.
Proszę pomyślcie by pogoda się poprawiła... i by warunki były bezpieczne. Bardzo to dla mnie ważne...



28.09.2009

Wczoraj atakował szczyt Juanito Orizabal, Mario z Włoch, Nick ze Stanów, Horia z Rumunii oraz Szerpa silna grupa. Chcieli przejść poprzez wierzchołek centralny do wierzchołka głównego i tym samym zrobić trawers chiński. Myśleliśmy cały wczorajszy dzień, że im się udało, dziś się dowiedzieliśmy, że jednak nie. Nie wiemy jeszcze dokładnie dlaczego, prawdopodobnie trawers był bardzo zagrożony lawinowo.


ryciny za: 8000ers.com & E. Jurgalski


Dla nas to kiepska wiadomość. Trawers nie jest przechodzony od wielu lat i zostaje nam jedynie trawersowanie Shishy powyżej obozu trzeciego, a następnie pionowo do góry. Droga długa, niebezpieczna i zrobiona tylko raz ? przez Iniaki Ochoa. Jutro chcemy wyjść do góry, tzn. ja, Andrew, Neil oraz Alex. Nie zostało nas niestety wiele osób do wierzchołka głównego. Juanito podobno zwija bazę, drugi raz juz nie próbuje. Pozostali potrzebują teraz co najmniej paru dni odpoczynku, bo się wypruli tym atakiem na maxa.
Shisha wcale nie jest łatwa. Oczywiście mam tu na myśli wierzchołek główny, bo wierzchołek dla nas jest tylko jeden.


26.09.2009

Wróciliśmy wczoraj bezpośrednio z obozu II. To wyjście było bardzo udane. Zdrowie wróciło, siły też. Z przyjemnością było wrócić w swój rytm, dość szybki rytm na szczęście i przychodzić do obozów o bardzo dobrym czasie.

więcej zdjęć


Spędziliśmy jedną noc w obozie pierwszym, drugą noc w obozie drugim na wysokości 6800 m. Zdecydowaliśmy się jednak na wyniesienie do obozu drugiego mojej lekkiej trójki (namiotu trzyosobowego), który potem przeniesiemy wyżej przed atakiem szczytowym. Noc na 6800 m nie należała do najgorszych, każdy z nas już takich nocy przeżył wiele, więc można powiedzieć że jesteśmy zaprawieni w boju... Oczywiście snu nie było, ale jeśli jest drzemka i nie boli głowa, to i tak jest super. Dobrze jest znać siebie, swój organizm, wszystko idzie sprawniej, łatwiej, nie ma zadawania pytań podstawowych. Mówiąc szczerze, to wyjście bylo dla nas etapem do wykonania. Ostatnim wyjściem by się zaklimatyzować przed atakiem szczytowym. Przespaliśmy się na 6800 m i teraz plan jest taki, by porządnie wypoczać parę dni w bazie a potem ruszyć na szczyt.


22.09.2009

Mam jedna noc za sobą w obozie I na około 6300 m. Nawet bez bólu głowy, bo wysokość znoszę dość dobrze, ale z pół nocy kaszlałam. Andrew z kolei nie spał, bo rozłupywało mu głowę. Prawie nic nie zjedliśmy. Rano stwierdziliśmy, że nie da się opisać, ani nikomu opowiedzieć słowami, na czym polega aklimatyzacja, jeśli człowiek sam przez to nie przejdzie. Droga do jedynki nie za trudna, ale bardzo nieprzyjemna, szczególnie kiedy trzeba przejść przez pinatenty.

Get Flash to see this player.



Musicie sobie wyobrazić wejście mniej wiecej 100 razy do góry i 100 razy w dół pomiędzy mostkami lodowymi, przeskakiwanie przez szczeliny z wyważającym plecakiem i do tego wszystkiego świeci tak bardzo słońce, źe wysusza gardło po paru minutach. Istny labirynt, w którym człowiek marzy by sie wydostać jak najprędzej. Dostaliśmy trochę w kość przez nasze ciężkie plecaki. Zawsze sobie człowiek powtarza, że przy pierwszym wyjściu nie może być za ciężko, ale jakby nie było, trzeba zabrać wszystko od zera: namiot, żarcie, gaz, palniki, śpiwór, karimatę i jeszcze coś do spania by nie zmarznąć. Nasz namiot z obozu I chcemy przenieść wyżej do obozu II (okolo 6800 m) przy nastepnym wyjściu. A następne będzie już jutro. Chcemy się lepiej zaklimatyzować, idealnie byłoby spędzić dwie noce w obozie II, ale jedna też będzie dobra. Przy ataku szczytowym i tak będziemy musieli spać w dwójce (ruszymy do dwójki bezpośrednio z bazy).

więcej zdjęć

Jak wygląda sytuacja w bazie? Powiem szczerze że większości ludzi nie znam. Wiekszość z nich myśli tylko o wierzchołku centralnym, co akurat mnie i Andrew nie interesuje. O wierzchołku głównym myśli zaledwie pare osob: ja, Andrew, Juainto Orizabal. Mario z Włoch i być może Horia z Rumunii. Tak naprawdę to ten odcinek spędza nam sen z powiek. Od wielu lat jest nie do przejścia, zaś trawers poniżej (Iniaki Ochoa) - podobno nie powtórzony. Juanito, który jest w bazie dłużej niż my, zamierza już pojutrze wystartować na szczyt, my musimy jeszcze poczekać i się doklimatyzować. Czuję się ciut lepiej, ale ciągle jestem na lekach i trochę słaba. Psycha za to silna. Kaźdy ma tu swoje sposoby na poprawę zdrowia (uwierzcie mi - tu nie ma zdrowej osoby), ja codziennie staram się jeść smakołyki przywiezione z Polski oraz zażywać moje ulubione proteiny - Immunocal.


18.09.2009

Długo nie pisałam. Ścięło mnie niestety. Dwa dni miałam kompletnie wycięte z życiorysu, z podwyższoną temperaturą. Przeleżałam je w kurtce puchowej i moim najgrubszym śpiworze. Na przemian było mi zimno, to znów gorąco. Nie za bardzo też mogłam jeść i spać. Trzeba się jednak było wyczołgiwać do kibelka i to czasem w ogromnym pośpiechu. Wreszcie jakoś dochodzę do siebie po zaaplikowaniu porcji leków. Reszta też niestety narzeka, albo na problemy z żołądkiem, albo z gardłem.
Tybet jest bardzo ciężki jeśli chodzi o klimat. Wieje non stop, rzuca piaskiem w oczy, mamy podrażnione ciągle gardła od suchego powietrza. Jest bardzo zimno. Jakieś dwa dni temu dotarliśmy do bazy głównej na 5600 m z bazy chińskiej. Szliśmy około 6 godzin, niestety ciągle pod wiatr. Po dotarciu do bazy wcale nie byliśmy tacy rześcy. Jak człowiek znajdzie się tak wysoko pierwszego dnia, to ścina. Tak więc rozstawianie namiotów, wyrównywanie platform szło nam bardzo opornie. Po paru ruchach łopatą, trzeba było wyrównywać oddech.

więcej zdjęć

Dziś też była puja. Przepiękna. Jakoś już nie umiałabym chyba wyjść w góry bez niej. Trochę jakby wstąpiły w nas nowe siły. Zaczęliśmy też wedrówki do tzw. depo, dwie godziny od bazy by się rozruszać i powynosić parę rzeczy. Kaszel powoli przechodzi, ale i tak ciągle zasłaniamy usta chustą, by nie podrażniać gardła.


14.09.2009

Trudny proces aklimatyzacji trwa. Luis (dziewczyna Neila) rozłożyła się doszczętnie. Leży w namiocie i wychodzi tylko do toalety (chciałoby się napisać śmierdzącego wydzielonego miejsca, zwanego toaletą). Reszta tez tak sobie. Po każdym posiłku przewraca nam się w żołądku, na szczęście nie biegamy do kibelka, aż tak często. Głowy tez za bardzo nie bola. Ale dla pewności chlapnęliśmy, ja i Andrew po łyku jakiegoś wysokoprocentowego trunku. Może pomoże na żołądek. Andrew dostał go od przyjaciela z Macedonii. Dziś został sprowadzony, na koniu, z bazy Carlos Pauner z Hiszpanii. Z wielka boleścią na twarzy. Az żal ściskał serce. Stanął na kamieniu, idąc do obozu I, ten się przechylił, Carlos upadł i złamał dwa, albo trzy zebra. Bardzo blisko wątroby. Zjechał półprzytomny, bo nafaszerowany silnymi narkotycznymi, środkami przeciwbólowymi. Stad zabrał go jeep bezpośrednio do Kathmandu. Jego wyprawa juz się skończyła. Miał łzy w oczach, kiedy go żegnałam. Znamy się z kilku poprzednich wypraw.


13.09.2009

Dotarliśmy do bazy chińskiej na 5 tys. metrów. To nie była zbyt długa droga jeepem. Ale w końcu udało się poczuć Tybet z charakterystycznymi domami, dziećmi usmarkanymi na drodze, totalna bieda. Jednak to właśnie Tybet wolę 100 razy bardziej, niż wcześniejsze chińskie wioski. Ludzie bardziej ludzcy, bardziej życzliwi i tacy mimo wszystko wyobcowani na tej swojej, nieswojej ziemi. W bazie chińskiej króluje flaga chińska na namiocie oficera łącznikowego, mimo ze to środek Tybetu. Jakoś smutno się na to patrzy. Niby wszyscy pogodzeni ze stanem rzeczy, ale jedni bardziej dumni, a drudzy jacyś skopani.. Po południu rozpoczęły się twarde negocjacje z chińskim oficerem łącznikowym a propos dotarcia do bazy i wynajęcia jaków na nasze rzeczy. Tak naprawdę jesteśmy juz na wyciągniecie reki w tej bazie głównej pod Shisha Pangma, bo to tylko dzień drogi, ale... wcale nie jest łatwo.

Get Flash to see this player.



Bo oni wiedza, ze my potrzebujemy dotransportować kilka ton bagażu, bo przecież nie po to przyjechaliśmy z różnych zakątków świata by patrzeć się na Shishe z daleka. Maja nas w szachu. Azja. Mniej więcej zawsze reguły są te same, tylko zmieniają się detale. Czyli zostaliśmy na przykład postawieni przed faktem, ze nie tylko musimy zapłacić na "nadbagaż" za nasze prywatne rzeczy (pisałam o tym wcześniej), ale zostało ileś tam ciężkich kilo rzeczy agencyjnych. Wiec albo możesz się wykłócać z takim oficerem, ze przecież załatwialiśmy wszystko z agencja, miało być wystarczająco, ale nigdy nie jest. Agent przez telefon mówi - no tak, za mało, musicie wyłożyć, bo nie da się przewieźć pieniędzy przez granice tak szybko, potem się rozliczymy kase. Oczywiście nigdy się nie rozliczają. Jak juz maja pieniądze w garści nigdy ich nie oddadzą. Obiecują jednakże przy następnej ekspedycji very good price.. etc. Oczywiście następnego roku, są juz inne realia, cos tam zdrożało itd. Oficer łącznikowy z kolei wymyślił, ze trzeba jeszcze zapłacić za jakmena i za jego ubranie. Czyli kolejne kilkaset dolców. Słuchasz tego wszystkiego i ręce ci opadają. Masz mniej więcej w głowie cos takiego: jakby tu zebrać cala swoja energie na dobra aklimatyzacje a potem wspinaczkę, jakby nie było na ośmiotysięcznik. A tu po drodze jeszcze cala masa historii.. To tak, jakby jakaś niewidzialna czarna łapa się wyłaniała i chciała ci koniecznie zabrać te energie, obłupić, zostawić skopanego. Na nizinach takich ludzi omijam z daleka, bo mam wrażenie, ze myślą, ze mam tej energii tyle, ze obdzielę wszystkich. Taki mały wampiryzm. Niestety, na dobra kondycje fizyczna i psychiczna trzeba sobie zapracować. Jednym słowem patrzą na nas jak na BANK. Siedzą takie cztery banki (nasza grupa) i w ich głowie jest taka myśl: jak ich złupić do ostatniej koszuli tych bogatych pie... białasów. Na gore jakaś im chce się włazić! A my.. siedzimy i kombinujemy jakby tej ostatniej koszuli nie stracić i mieć potem za co jeszcze do domu wrócić.


12.09.2009

Dziś kolejna tura na pobliskie wzgórza. Pomaszerowaliśmy prawie na 5000 m, zrobiliśmy sobie naprawdę dlugą wycieczkę. Teraz pod wieczór czuję po prostu zmęczenie. Odnaleźliśmy jednakże w Nylam prysznic, gdzie za kilka dolarów można było się wykąpać w ciepłej wodzie. Od razu lepiej... To taki ostatni prysznic przed bazą. W hostelu takiego nie uświadczysz. Ostatnia noc wcale nie należala do udanych, każdy z naszego 4-osobowego zespołu albo cierpiał na ból głowy, albo miał problemy z żołądkiem po tutejszym jedzeniu.

więcej zdjęć

W Nylam spotkaliśmy kilka ekip, które też ruszają pod Shisha Pangma lub Cho Oyu. Jedna z nich jest ekipa Edurne Pasaban, która udaje się na południową ścianę. Spędzamy tu razem czas, głównie podczas kolacji. Inna ekipa to Horia (nie pamiętam nazwiska) i Alex Govan z Rumunii, którzy też jadą na północną ścianę, podobnie jak my. W bazie najprawdopodobniej znajdują się też Juanito Orizabal i Carlos Pauner. W mojej ekipie znajduje się Endrew z Australii, Neil z Walii i ja. Jest jeszcze dziewczyna Neila - Angielka, która nie będzie się wspinać, ale pilnować bazy, kiedy będziemy w obozach u góry. Pozwolenie dzielimy jeszcze z dwiema osobami ze Szwecji, które już są w bazie. Będą stanowić oddzielny zespół wspinaczkowy.
Jutro rano wyjeżdżamy bezpośrednio do bazy chińskiej, która jest położona na około 5 tyś. metrów. Tam spędzimy ze 2-3 noce, by nabrać aklimatyzacji przed dotarciem do bazy głównej.


11.09.2009

Relacja tel. sat. z Katmandu w Radiu PIN
Wczoraj, po bardzo wczesnym wyjeździe z Kathamndu, dotarliśmy do granicy chińskiej w Kodari. Drogi po monsunie, a raczej podczas wciąż trwającego monsunu, bo codziennie pada, były liche, tak więc nie poruszaliśmy się z zawrotną prędkością. Jednakże po paru godzinach stanęliśmy na słynnym moście poddając się wszystkim formalnościom. Agent nepalski mógł dotrzeć tylko do wyznaczonej linii na moście, dalej przejął nas człowiek współpracujący z naszą agencją ze strony chińskiej. Zostaliśmy dość dokładnie przeszukani, trzeba było szczególnie pokazać jakie zdjęcia się zrobiło w aparacie (Chińczycy nie lubią jak się fografuje to przejście), a także bardzo ich interesowały wszelkie ksiąźki i notatniki. Nasze beczki z ekwipunkiem oraz jedzeniem, na szczęście przeszły kontrole pomyślnie. Mieliśmy całe jedzenie szczelnie zapakowane (sery i mięso w próżniowych foliach), tak więc to nas uratowało. Tuż za granicą znajduje się miejscowość (brzydka) Zangmu, w której spędziliśmy noc w lichym hostelu.
Dziś wyruszyliśmy natomiast do kolejnej miejscowości Nylam położonej dużo wyżej, bo na ok. 3600 m. Miejscowość również typowo chińska, przygraniczna z trąbiacymi tirami pośrodku wioski. Wspinacze dość niechętnie podejrzewam by tu zostawali, gdyby nie fakt, źe MUSIMY się aklimatyzować. To bardzo ważne. Jakby nie było znalezliśmy się po 2 dniach na prawie 4 tysiącach metrów i kiedy wjeżdza się tu szybko samochodem, bez możliwości stopniowego trekkingu, zazwyczaj bolą potwornie głowy. Tak więc dziś jeszcze w ramach poprawienia sobie aklimatyzacji, wyruszyliśmy na pobliskie wzgórza, na 4600 m, by zlapać tej aklimatyzacji możliwie jak najwięcej. Mamy nadzieję, że noce przetrwamy bez szwanku i bólu głowy nie będzie. Chcemy tu zostać jeszcze jutro, by jeszcze pospacerować po pobliskich wzgórzach.
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie z jedynej internetowej tu knajpki z chińsko-europejską klawiaturą.


09.09.2009

Spędziłam niecałe trzy zwariowane dni w Kathmandu. Pierwszego byłam nieprzytomna po 24-godz. locie, więc za dużo nie zrobiłam, ale za to następne dwa były szaleńczo zajęte.
Jutro o 5 rano startujemy w stronę granicy chińskiej busem i jeepem, razem z naszymi bagażami; musimy przejść pomyślnie wszystkie formalności (co nas trochę stresuje). Generalnie dość ciężko dostać wizę do Chin, ostatnie lata pokazują jak bardzo kapryśny potrafi być los wyjazdów wspinaczkowych na stronę chinską. Andrew Lock (leader wyprawy), z którym będę razem w jednym zespole, ostatniej wiosny czekał dokładnie miesiąc w Kathmandu na wizę chinską... i się nie doczekał. Wrócił do kraju z niczym, a raczej ze straconymi pieniędzmi i zły. My dostaliśmy (z perturbacjami) pozwolenia, jednakże teraz okazuje się, że do Chin nie można wwozić żadnego mięsa, ani serów. Trochę obawiamy się tego, bo jeśli nam zabiorą jedzenie wysokościowe (wysokobiałkowe jakby nie było i dające nam niezbędna energie), to już nic w Chinach wartościowego nie kupimy. A na zupkach chińskich zbyt długo nie pociągniemy :-( Agencje, które zaaopatrują wyprawy m.in. w jedzenie, też mają nie lada problem, bo nakupują dla nas do bazy w Nepalu jedzenia, a potem trzeba nagle to zostawić i szukać czegoś po drugiej stronie granicy. Liczymy na jakiś fart, bo każdy z nas przywiózł jedzenie dokładnie takie jakie lubi tam wysoko... Inny problem to telefony satelitarne. Jeśli ktoś chce korzystać trzeba zapłacić kilkaset Euro dodatkowych. Chińczycy nie lubia jeśli ktoś stamtad kontaktuje się ze światem bez ich wiedzy. Tak wiec następne dni będę poruszać sie po znanych mi z Cho Oyu (nieuroczych, chińskich) miejscowościach Zangmu, Nialam, Tingri. Po drodze będę zatrzymywać się czasem na dzień, dwa, by się porządnie aklimatyzować. W końcu baza jest na prawie 5700 m i muszę tam przybyć z dobrą aklimatyzacją. Ostatni dzień to marsz z tzw. bazy chińskiej (4500 m) do bazy głównej i wtedy nasze bagaże pojadą na jakach. Tu już jest Tybet pełną gębą, co prawda też kontrolowany. Możemy zabrać tylko 50 kg prywatnego ekwipunku na głowe (tyle ile zabiera jeden jak), tak więc czeka nas na pewno drogi "nadbagaż". Dodatkowy jak kosztuje ok. 150 $ Trzymajcie proszę kciuki za sprawne dotarcie moje do bazy. Powinnam się tam znaleźć za około 8-10 dni.


06.09.2009

zobacz informacje nt. wyprawy w telexpresie www.tvp.info/teleexpress (Kinga odlatuje z Okęcia)
(otwiera nowe okno)


04.09.2009

Rozpoczynam swą nową wyprawę. Startuję w niedzielę 6 września z Warszawy. Staram sie "dopiąć" wszystkie sprawy na ostatni guzik, a jak zwykle, jak to przed wyprawą na ośmiotysięcznik bywa, jest ich wiele.
Na samym początku mych relacji chciałam powiedzieć jedną, ważną dla mnie rzecz.
Przeprosić tych wszystkich, którym nie odpisałam na maile, szczególnie te po Kanczendzondze. Chcę byście wiedzieli, że są dla mnie miłe i cenne. Bezcenne, jak to ktoś powiedział w reklamie. Nie da się wyrazić słowami mojej wdzięczności wobec tak wielu ciepłych słów, które otrzymałam. To jest bardzo budujące, gdy widzi się wokół życzliwość ludzi. Dziękuję Wam bardzo.
 
Następną relację prześlę już z Kathmandu.


03.09.2009


wywiad w Radiu PIN


14.08.2009

zobacz informacje nt. wyprawy w telexpresie www.tvp.info/teleexpress (Przygotowania do wyprawy)
(otwiera nowe okno)


14.08.2009


wywiad w Radiu PIN





WESPRZYJ WYPRAWĘ

>filmy z wyprawy
>zdjęcia z wyprawy

>relacje prasowe i internetowe
Kontakt podczas wyprawy na
Shisha Pangma PRESS ROOM


FUNDACJA WSPIERANIA ALPINIZMU POLSKIEGO IM. JERZEGO KUKUCZKI


Alpinus Expedition Team


Partnerem jest marka FIAT


La Sportiva






Klub Wysokogórski Warszawa
Polski Związek Alpinizmu




KASZUBY


opieka medialna teleexpress


portal onet.pl


radio PIN


Gazeta Wyborcza

aktualizacja i opieka nad serwisem:
PanoramiX - wirtualne panoramy sklodowski.pl

 
   
   
   
 
 
 

Piotr Pustelnik na szczycie Shisha Pangma, 1993 r.

Jurek Kukuczka na szczycie Shisha Pangma, 1987 r.;Fot. Arch. Artur Hajzer
 

W bazie pod Shisha Pangma, 1987 r. Na zdjeciu: Artur Hajzer i Jurek Kukuczka. Fot. Arch. Artur Hajzer

W bazie pod Shisha Pangma, 1987 r. Na zdjeciu od lewej: Ryszard Warecki, Janusz Majer, Jerzy Kukuczka i Artur Hajzer. Fot. Arch. Artur Hajzer


 
Fot. Artur Hajzer

Zdjęcie dzięki uprzejmości Artura Hajzera, z 1987 roku. Zrobione z wierzchołka centralnego w stronę wierzchołka głównego Shisha Pangma (na końcu granii). Przed fotografującym idą: pierwsza to Wanda Rutkiewicz (żółty kombinezon), przed nią Ryszard Warecki, przed nim w czerwonym Ekwadorczyk Ramiro Navarette. Pierwsza dwójka w przodzie (tuż przed środkowym wierzchołkiem) to Carlos Carsolio i Elsa Avila - Meksykanie. Razem z Arturem był wtedy Jurek Kukuczka, dla którego Shisha była ostatnim (czternastym) ośmiotysięcznikiem w Koronie Himalajów. Artur z Jurkiem zrobili wówczas nową drogę zachodnią granią. W 1991 roku nastąpił wielki obryw i grań nie wygląda jak na zdjęciu, jest dużo trudniejsza. Dlatego też tak wiele ekspedycji kończy swą drogę na wierzchołku centralnym, badź też idzie wariantem trawersującym zbocze Shisha Pangma.




Shisha Pangma Fot. Ferran Latorre

 
     
Poprzednie wyprawy na:
Kanczendzonga 2009 Manaslu 2008 Dhualagiri 2008, Dhualagiri 2007, Nanga Parbat 2007, Mount McKinley 2007

kontakt     linki     sponsoring
© copyright 2002-2009 Kinga Baranowska