Co się działo na górze? Wyjście do szczytu

Zostaliśmy sami w bazie (od 25.05.2011). Makalu to bardzo duży masyw i bycie pod takim ośmiotysięcznikiem tylko we dwójkę to nie takie częste doświadczenie w dzisiejszych czasach. Ale jakże piękne! Już wiem, że właśnie ten widok najbardziej utkwi mi w pamięci: zupełnie pusta baza i tylko nasze skromne namioty.
Poza tym świadomość, że nie ma na kogo liczyć oprócz siebie, że jest się samemu i trzeba być w 100% za siebie odpowiedzialnym i samowystarczalnym jest niezwykle cennym doświadczeniem. Bardzo dla mnie pięknym i ważnym. Wręcz czuje się energię Góry.
Wyszliśmy do góry pełni wiary i optymizmu. Po dotarciu po paru dniach do obozu IV, wystartowaliśmy po północy w kierunku szczytu. Niestety, po paru godzinach poczuliśmy ogromne zmęczenie, szczególnie w nogach. Śnieg zawiał wszystkie ślady, torowanie odbywało się w coraz cięższych warunkach. Poza tym wysokość 8 tysięcy metrów też robi swoje, już nie pomykaliśmy tak rześko w głębokim śniegu. Zaczęliśmy się obawiać o nasze bezpieczeństwo (lawiny), ale przede wszystkim o to, czy będziemy mieli siły na zejście. Jakby nie było to właśnie zejście jest najważniejsze i trzeba w porę umieć zawrócić.