Relacja - Och, jaki długi dzień!

Och, jaki długi dzień! Wstaliśmy już przed 5 rano, gdyż loty helikopterem mogą się odbywać tylko przy idealnej pogodzie, a taka w gÛrach jest tylko rano. Dlatego też zupełnie inaczej wygląda mój rytm funkcjonowania tutaj. No więc wstaliśmy bardzo wcześnie, w średnio przyzwoitej lodży, szybka herbata, zapakowanie całego sprzętu (zabraliśmy cały sprzęt ze sobą do heli) i ruszamy. Mieliśmy dwóch pilotów: jednego nepalskiego i drugiego szwajcarskiego. Ten drugi prawdopodobnie chciał poznać drogę powietrzną pod Makalu, bo nigdy wcześniej tam nie był.
Lot odbył się w dwóch turach: pierwsza z nami i ze wszystkimi rzeczami do Yangle Karka (ok. 4600 m), następnie już oddzielnie my i oddzielnie nasze rzeczy polecieliśmy w dwóch kursach do starej bazy Hillarego (a także Francuzów – pierwszych zdobywców Makalu), która znajduje się na wysokości ok. 5 tys. metrów. Niestety wyżej nikt nei chciał polecieć, mimo, że nieśmiało prosiliśmy. Niestety wyżej nie ma zbyt dobrego lądowiska i piloci boją się tam lądować.
W bazie Hillarego (nazwa ta wzięła się stąd, gdyż pierwszy zdobywca Everestu również miał zakusy na Makalu i robił tu rekonesans) wylądowaliśmy już o 7.30 rano. To co nas zaskoczyło, to koszmarne zimno i śnieg. Zaskoczyło dlatego, gdyż tu prawie nigdy nie było śniegu. Byliśmy przygotowani na to, że wysiądziemy w starej bazie i tego samego dnia ruszymy dalej, ale nie spodziewaliśmy się śniegu. Tak więc wyciągnęliśmy z beczek nasze wysokościowe buty na ośmiotysięcznik i ryszyliśmy w drogę. Muszę Wam się przyznać, że droga – koszmar. Buty wysokościowe swoje ważą, generalnie są bardzo sztywne, przystosowane do raków, a tu trasa po śliskich, bo przysypanych śniegiem kamieniach wymagająca nie lada żonglerki i przeskakiwanie z kamienia na kamień. W ciężkich, sztywnych butach poruszaliśmy się jak słonie, bo ani wybicia w takich butach, a poza tym, kamienie jak na złość przewracały się w ostatnim momencie, a my razem z nimi. Co za hardcore!
Cała nasza euforia z przyjemnego lotu i radość z osiągnięcia bazy szybko się ulotniła, zaś trzeba było walczyć z kamieniami pod stopami i tymi lecącymi z góry. Niestety, do obecnej bazy na 5600 m (zwanej też przez wielu ABC) idzie się wzdłuż południowej ściany, z której lecą kamienie. Następnie mija się słynny zachodni filar, „skręca się w prawo” i osiąga się obecną bazę pod zachodnią ścianą.
Dzień bardzo długi i męczący. Dotarliśmy do bazy około 17.00 w zadymce i śniegu. Większość naszych rzeczy została w starej bazie, z nami mogły pójść tylko te najpotrzebniejsze, ze względu na deficyt tragarzy do bazy. Wybraliśmy ekwipunek wspinaczkowy, żeby nie utknąć na wiele dni w bazie i nie siedzieć tu bezczynnie. 

Zdjęcia: 
Relacja - Och, jaki długi dzień!