LHOTSE - 8516 m

kwiecień 2012 - maj 2012

Lhotse (8516 m n.p.m.), Himalaje Nepalu, kwiecień / maj 2011 r.

Lhotse (8516 m n.p.m.) to czwarty co do wysokości szczyt świata, wznoszący się w Himalajach Wysokich, na granicy Nepalu i Chin; jest zaliczany jest do tzw. Wielkiej Piątki, czyli wysokich ośmiotysięczników.
25 maja Kinga stanęła na szczycie Lhotse. Był to jej ósmy ośmiotysięcznik. Również na ten wierzchołek wspinała się bez używania tlenu z butli. Górę zadedykowała Jurkowi Kukuczce.

Szczyt po raz pierwszy został zdobyty 15 maja 1956 roku przez ekspedycję szwajcarską. Pierwsze polskie wejście miało miejsce w 1979 roku (Jurek Kukuczka, Andrzej Czok, Andrzej  Heinrich i Janusz Skorek), zaś pierwszego wejścia zimowego dokonał Krzysztof Wielicki w 1988 roku.

W 1989 roku, podczas wspinaczki na południowej ścianie Lhotse, zginął wybitny polski himalaista - Jurek Kukuczka. Ściana południowa, wysoka na 3300 metrów, uważana jest za jedną z najtrudniejszych na świecie. Do tej pory wszystkie wejścia Polaków miały miejsce drogą klasyczną na ścianie zachodniej.

 

Zdjęcia: 
LHOTSE - 8516 m

Konferencja prasowa

Konferencja prasowa: Kinga Baranowska - Lhotse 2012

Zdjęcia: 
Przylot na lotnisko
Konferencja prasowa

Wielkie pakowanie

WIELKIE PAKOWANIE w BC / BIG PACKING PROJECT at BC ;-)
W bazie od rana ogromne pakowanie. Idzie mi średnio gdyż marzę o masażu i pobycie w SPA.
Plecy od plecaka dostały znów w kość.
Big packaging is lasting since early morning. For me it's not going according to schedule as I dream about massage and SPA holiday. My back was really put through during the expedition.

Zdjęcia: 
Ostatni rzut oka na bazę

Zejście ze szczytu. Odcinek "czwórka - baza"

Sms o 10.00 rano czasu nepalskiego od Kingi: "Dotarłam do obozu II na 6400 m. Bagaż niestety ciężki i jestem zmęczona / I’m at camp II at 6400m. Luggage is heavy, I feel tired”.


Sms od Kingi, wieczór czasu nepalskiego.
Kinga już w bazie, po kolacji, powoli kładzie się spać !!!    Teraz już możemy z ulgą odetchnąć!!! :-)

8 x 8 tys. czyli sukces Kingi na Lhotse!

Wiadomość smsowa od Kingi: "Dziś o 10.00 rano czasu nepalskiego stanęłam na szczycie Lhotse (8516 m n.p.m.). Górę tę dedykuję Jurkowi Kukuczce".

Obecnie Kinga przebywa w obozie IV na 7800 m i odpoczywa, być może zejdzie dziś jeszcze niżej. To ósmy ośmiotysięcznik Kingi, na wszystkie weszła bez używania dodatkowego tlenu. Trzymajmy kciuki za szczęśliwe zejście do bazy!

Videos: 
Obejrzyj

Wyjście do szczytu - relacja

Wychodzę na szczyt około 1.30 w nocy. Pamiętając o moim nieudanym wyjściu parę dni temu, nie chcę popełnić tego samego błędu. Jestem narażona co prawda na dużo większe zimno, ale myślę, że je przetrwam. Potem okazuje się, że nie pamiętam, kiedy było mi tak bardzo zimno, może jedynie na Annapurnie. Powodem jest wiatr, który się wzmógł około 6.00 rano. Całe szczęście mam kilka warstw puchowych ubrań na sobie. Z tego powodu nie mam żadnego zdjęcia z kuluaru, nie wyciągnęłam też termosu z herbatą z plecaka, bo bałam się zdjąć rękawice. 


Zdjęcia: 
Na szczycie Lhotse, 25.05.12, g. 10.00
Widok w dół kuluaru ze szczytu Lhotse
Na szczycie Lhotse z widokiem na Everest
Drugi, niższy wierzchołek Lhotse

Obóz czwarty, wys. 7800 m

Do obozu IV docieram w stanowczo lepszej formie, niż poprzednio. W każdym bądź razie jest czas na małą regenerację przed atakiem na szczyt, mimo, że wysokość 7800 m, to już naprawdę sporo, jak na "odpoczynek" bez tlenu.

Zdjęcia: 
Kuluar wyprowadzający na szczyt Lhotse, photo Simone Moro
Obóz IV z helikoptera, 7800 m, photo Simone Moro
Grań Lhotse i Nuptse z helikoptera, photo Simone Moro

Ponowny start do góry. Odcinek baza - obóz III.

Wychodzę o 3 w nocy. Idę sama przez Ice Fall, choć oczywiście widać światełka tu i ówdzie. Po pięciu godzinach docieram do dwójki, tu - mały "rest", jedzenie i ruszam wyżej. 


Co się działo wyżej i jakie teraz plany?

Och, sporo się działo!
!

Wyszliśmy po kolei: do obozu II, potem III na 7200 m a następnie IV na 7800 m. Już na 7800 m odczuliśmy wysokość, bo spanie tak wysoko bez tlenu robi swoje.

Zdjęcia: 
Łapanie każdej wolnej chwili na regenerację...

Regeneracja sił

Uwielbiam dni, kiedy nie trzeba robić nic i ma się w dodatku głęboką satysfakcję z tego, a także poczucie, że w ten dzień należy się odpoczynek.
(Swoją drogą przepraszam tych wszystkich w kraju, do których dzwoniłam podczas tej wyprawy, wyrywając ich ze snu np. w sobotę o 6 rano. Jednakże tu w górach nie ma nikt kalendarza, tu on zresztą nie obowiązuje i "nie działa").

Zejście do bazy na krótki odpoczynek

Wczoraj (20.05) zeszliśmy do bazy z obozu III z 7200 m. Dzień wcześniej dotarliśmy na ok. 8200m na Lhotse. Paweł postanowił nie kontynuować dalej wyprawy, dziś schodzi na dół.
Ja będę próbować ponownie.

 

Wiadomość smsowa od Kingi

"Niestety nie weszliśmy, musieliśmy zawrócić (niedaleko szczytu nota bene z 8200 m), gdyż zrobiło się późno i rozpętał się wiatr. Ponadto byliśmy zbyt wolni. Gdybyśmy dalej kontynuowali wspinaczkę, musielibyśmy schodzić już w nocy, a to niebezpieczne, tym bardziej, że wspinamy się bez tlenu. Na Lhotse nie ma nowych poręczy, a kuluar jest dość wylodzony, co zabiera dużo czasu.
Nie zdecydowaliśmy jeszcze co dalej, damy znać".

Kinga

Zdjęcia: 
Everest widziany z Lhotse, pow. 8 tys. metrów
Grań Nuptse widziane z Lhotse

Czwórka założona!

Dotarłam do obozu IV na 7800 m. Mówiąc delikatnie - niezła wyrypa. Nie ma tu w ogóle miejsca na platformy, by rozbić namiot. Bardzo, bardzo ciężki dzień ...

 

Partnerzy wyprawy na Lhotse: Polski Związek Alpinizmu, Salewa, Citroen

A w obozie IV...

Tu już żarty się skończyły, czujemy wysokość, poruszamy się jak muchy w smole.. Jesteśmy w obozie IV na 7800 m, gotujemy mimo, że wcale nie chce nam się pić. Dziś w nocy wychodzimy do szczytu. Nie ma nas zbyt wiele osób na Lhotse. Pare godzin drzemki i ruszamy. Mamy w namiocie temperaturę na minusie, tylko widać nasze oddechy. Mam nadzieje ze pogoda i Lhotse dziś w nocy i jutro będą łaskawe dla nas..

Partnerzy wyprawy na Lhotse:
Polski Związek Alpinizmu, Salewa, Citroen

Zdjęcia: 
Powyżej czwórki

Obóz III

Jesteśmy w obozie III na 7200m. Wstaliśmy w nocy by dotrzeć tu o przyzwoitej godzinie. Dziś podobny plan zajęć jak wczoraj: regenerowanie sił przez resztę dnia, roztapianie śniegu na picie i myślenie tylko o chwili obecnej (przynajmniej ja tak mam :) ). Zamartwianie się o wiatr, pogodę na najbliższe dni itd.. zabiera dużo energii.
Jutro musimy założyć obóz IV na 7800 m więc czeka nas mocny dzień. Trzymajcie kciuki!

Partnerzy wyprawy na Lhotse:
Polski Związek Alpinizmu, Salewa, Citroen

Zdjęcia: 
Spotkanie z Uli Steck'iem w drodze do trójki
W trójce

Wyjście do góry

A więc nastąpiła godzina 0. Tej nocy wychodzimy w stronę szczytu.
Okno pogodowe nie jest najlepsze, ale obawiamy się, że lepszego już nie będzie. Cieszę się, że te dni, kiedy trzeba było czekać, spędziłam bardzo fajnie. A musicie wiedzieć, że czekanie generalnie nie jest mocną stroną wielu tutaj osób. 
Na szczęście nie dłużyło mi się ani przez moment, każda minuta była dla mnie tu cenna. A pamiętam swoje początki, kiedy czekanie było czymś bardzo trudnym. 

(.....)



Zdjęcia: 
Ostatni odcinek Lhotse
Wyjście do góry
Wyjście do góry

Spacery aklimatyzacyjne tu i tam

Dziś wybrałam się do obozu I na Pumori. To właśnie w tym miejscu zrodziła się chęć wspinaczki na Lhotse. Pamiętam bardzo dokładnie, było to w 2010 roku, przed atakiem na Annapurnę, wspinałam się wtedy na Pumori. Kiedy zobaczyłam ścianę Lhotse, właśnie z tego miejsca, zachciało mi się stanąć na szczycie tej Góry.

Zdjęcia: 
Everest, Lhotse i Nuptse z obozu I na Pumori
Jeziorko bazowe pod Pumori
Lhotse w całej krasie

Rocznica

Dziś 20 ocznica zaginięcia Wandy Rutkiewicz. Pamiętaliśmy o Niej z Pawłem i każdy z nas w duchu się za Nią modlił.
Gdy byłam na Kanczendzondze w 2009 roku, tego dnia Ją wspominaliśmy. 

Zdjęcia: 
Rocznica

Wejdź z Januszem Świtajem na „K2”


12 maja, Janusz Świtaj, który jest sparaliżowany i oddycha za pomocą respiratora, wraz z siedmioma osobami w podobnym stanie zdrowia, wejdzie na krakowskie „K2” (Kopiec Kościuszki). Jest to pierwszy tego typu projekt w Polsce. Ambasadorem wyprawy jest Kinga Baranowska.

Z Bace Camp'u

Parę dni temu wycofała się duża komercyjna wyprawa Everestowska, kierowana przez Russela Brica. Agencja Russela jest też współodpowiedzialna za ubezpieczanie IceFall’u (pobierają za to opłaty) i odcinków wyżej, więc trzeba przyznać, że decyzja wywołała sporo dyskusji w bazie. 
Nadmienię tylko, że każdy z nas ma obowiązek tutaj zapłacić za poręczówki, szczególnie na Icefall’u, który zmienia się codziennie. Zdarza się, że już kolejne wyjście przebiega inną drogą, gdyż oberwał się duży kawał góry lodowej.

Zdjęcia: 
"Khumbu doctors" na Ice Fall'u
Z Valerjem i Simone w bazie
Odwiedziny Gerlinde w naszej bazie

Dingboche

Zdecydowaliśmy się zejść niżej, by trochę odpocząć. Jesteśmy na wysokości 4400 metrów w Dingboche i tu regenerujemy siły. Najważniejsze, że tu trochę mniej wieje i ciągle nie musimy wdychać mroźnego powietrza (w nocy w bazie jest ciągle poniżej 15 stopni C), a także że możemy się trochę wyspać i dobrze zjeść. Tak więc wykorzystujemy złą pogodę u góry i nabieramy sił przed potencjalnym atakiem szczytowym.

Zdjęcia: 
Snow Lion lodge w Dingboche
Paweł, Kinga, Richard w Dingboche
Miło było wypocząć na dole! :-)

Meetingi "na szczycie" w bazie

Spotkanie liderów u jednej z ekip, w sprawie dalszej pracy powyżej. Odwiedza nas też Valerij Babanow, który oprowadza swą grupę po Himalajach. 
Spotkanie liderów niezwykle ciekawe. Ciekawe dlatego, gdyż pod żadną inną górą coś takiego się nie odbywa, a jeśli już, to mniej oficjalne, a bardziej przyjacielskie. 
Nie mniej jednak, tu jest dużo ludzi, więc trzeba pewnie taki porządek wprowadzić.
Spotkałam kilku przyjaciół z poprzednich wypraw.

Zdjęcia: 
Russel Brice przewodzi..
Ralf Dujmovic, David Morton, Valerij Babanow, Kinga Baranowska, Simone Moro
Odwiedziny Valeriego w naszej bazie

Dwa dni i dwie noce w trójce

Jesteśmy po dwóch nocach spędzonych na wysokości 7200 m. U góry nieprzerwanie wieje jetstream (słychać huk non stop), zaś namiotem, średnio z częstotliwością co dwie minuty, targa potworny wiatr. I w dzień i w nocy. 
Te dwie noce nie należały do mega komfortowych, no ale cóż, prawa gór. Jak wiadomo, to one dyktują warunki. Mimo to, uznaliśmy to wyjście za bardzo udane...

Zdjęcia: 
Po drugiej nocy nie mieliśmy już tak wyraźnych min...

Obóz III, 7200 metrów

To wyjście nie należało do najprzyjemniejszych. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak strasznie wiało. Ściana Lhotse okazuje się tak bardzo wylodzona, że w te kilkaset metrów trzeba włożyć maximum wysiłku, by zrobić kolejny krok.  
Ponadto, z góry leci cała kawalkada kamieni i jest trochę jak w rosyjskiej ruletce, trzeba się uchylać by czymś nie oberwać. Nie podobało mi się to. Faktem jest, że i tak pokonaliśmy to o połowę szybciej, niż większość podchodzących, ale i tak trzeba było bardzo uważać.

Zdjęcia: 
Start w ścianę Lhotse

Wyjście ponowne do góry

Start do góry, do obozu II. Oczywiście jak zwykle jakiś niepokój mnie ogarnia, obawiam się czy wstanę na czas, więc śpię jak zając. Postanawiamy wyjść z Pawłem o przyzwoitej godzinie, co później okaże się zbawienne. O godzinie 10 rano jesteśmy w obozie II, gdy „za nami”, w okolicach obozu I, spada ogromna lawina i rani trzy osoby, jedną wtłacza do szczeliny i organizowana jest akcja ratunkowa, wraz z helikopterem.


Zdjęcia: 
Dwójka. W zaprzyjaźnionym namiocie

Tym razem cel: TRÓJKA


Znów przygotowania do wyjścia do góry. Tym razem nasz plan zakłada, by przespać się powyżej 7 tys. metrów. Każdy tu oczywiście ma plan inny, ci którzy wspinają się z tlenem, wychodzą tylko trochę powyżej dwójki, a następnie na przykład schodzą do jednej z wiosek poniżej bazy, by potem już na tlenie iść do szczytu. 
Dla nas ważne jest by mieć dobrą aklimatyzację z powyżej 7 tys. metrów, by tam właśnie spędzić noc, gdyż z moich doświadczeń z wysokimi ośmiotysięcznikami, to właśnie procentuje.

Zdjęcia: 
Tym razem cel: TRÓJKA

Miła niespodzianka!

Dziś odwiedziła mnie w bazie... Polka! Niesamowicie się z tego faktu ucieszyłam. Okazało się, że jesteśmy nawet w bazie sąsiadkami, mamy namioty nie tak daleko od siebie. I żeby jeszcze było śmieszniej, to znamy się z jednego koncertu, gdyż obie jesteśmy zagorzałymi  fankami jazzu. Poznałyśmy się na koncercie w Polsce (a raczej jego after party) i po dwóch latach spotkałyśmy się  ponownie tu w bazie. Cóż za zbieg okoliczności!

Zdjęcia: 
Z Izą na "podniebnym", himalajskim spacerze :-) Nasze cele w tle!

Karciane popołudnie

Na zewnątrz ogromny wichór, nawet nie potrafię sobie wyobrazić co dzieje się w obozach wyżej. Tu na dole prawie przewraca, w nocy temperatura spada w bazie do minus 15, minus 20, w dzień grzeje słońce. Cieszę się, że wyszliśmy od razu do góry i wykorzystaliśmy dobrą pogodę. To jest taka pierwsza podstawowa zasada w górach, że wtedy kiedy jest pogoda, nie można siedzieć w bazie. Trzeba iść do góry, nawet jeśli się nie chce.

Zdjęcia: 
Pogoda w kratkę w bazie
Karty poszły w ruch
Paweł zaczytany w lekturze
Wreszcie kolacja...! :-)

Parę rzeczy z bazy...

Tuż niedaleko mojego namiotu odbywają się treningi przeszkalające na lodowcu. Co poniektórzy uczą się zjazdów i obsługi sprzętu asekuracyjnego. Trzeba przyznać, że wygląda to dość egzotycznie, ucząc się tuż przed wyprawą podstaw wspinaczki.

Zdjęcia: 
Treningi niedaleko bazy
Wspinacze na ice fallu nad ranem
Widok z namiotu na Ice Fall nad ranem

Rozmowy w bazie

Rozmawiałam dziś długo z dziewczyną z Iranu - Butterfly. Jeśli pamiętacie moje wpisy z zeszłego roku i z 2010 z K2, tu i na facebook’u, to wspominałam tam o Leili z Iranu. Spotkałam ją ostatnio w Pakistanie podczas podejścia do bazy, Leila wtedy szła pod Gasherbrumy. Niestety, tam zginęła. Rozmawiałyśmy wiele dlaczego się wspina. Kosztowało ją to wiele cierpienia. To cierpienie powinno być napisane z dużych liter. To się po prostu czuje, gdy ktoś o czymś mówi i jednocześnie cierpi.

Zdjęcia: 
W mesie bazowej

Zejście do bazy

Pobudka o 5.30, by szybciutko zejść do bazy. To szybciutko zajęło nam 3 godziny, ale i tak zdążyliśmy na śniadanie. To zupełnie jednak o innego zjeść porządny ciepły posiłek. Tam u góry traci się jednak dużą dawkę kalorii. Aklimatyzacja ma to do siebie, że nie ma się specjalnie apetytu i organizm ciągnie z rezerw. Ważne by chociażby tam u góry dużo pić płynów (moja ulubiona to herbata miętowa) i starać się coś jeść.

Zdjęcia: 
Zejście rankiem do bazy
W zejściu spotkaliśmy naszych kolegów Włochów z bazy

Obóz II, 6400 metrów

Rano, lekko zmięci, zaczekaliśmy aż słońce pojawi się i osuszy nasz namiot. Około godz. 10 leniwym krokiem ruszyliśmy do obozu II, który nota bene był położony niedaleko, bo na 6400 m. Kiedy ma się aklimatyzacje, to pewnie jakieś dwie godziny, my przyszliśmy po trzech. Kocioł Zachodni, bo tak nazywa się ten rejon, to miejsce z którego startuje ściana Lhotse. Przepięknie stąd widać całą naszą drogę, aż do szczytu.


Zdjęcia: 
Ranek w obozie I, w tle widać Lhotse
Paweł w drodze do dwójki
Primalofciki zdają egzamin

Obóz I, 6050 metrów

Wstajemy o godzinie 2.15. Oczywiście jak to przed takim wyjściem, zamiast się choć trochę przespać, ma się dygot i ze spania nici. Ciężko wyjść ze śpiwora o takiej godzinie, jednakże nasz plan zakłada wyjście o 3 rano, gdyż nie chcemy lodowca pokonywać w słońcu. Jest to zbyt niebezpieczne, gdyż mogłoby by się coś oberwać, a poza tym drabinki nie trzymają dobrze w niezmrożonym śniegu.
Na samym starcie zgubiliśmy drogę. Akurat tak się złożyło, że nie było żywej duszy wokół, a my tu po raz pierwszy.

Zdjęcia: 
Przemierzanie drabinek
Paweł "śmiga" również po drabinkach

Przygotowania do pierwszego wyjścia

Dziś na poważnie zabraliśmy się za sprzęt. Pogoda jest bardzo dobra i doświadczenie mówi, że to byłby grzech, nie wykorzystać jej. Tak więc dziś wielkie przygotowania sprzętowe do pierwszego wyjścia do góry. 
Czeka nas słynny lodowiec Ice Fall do przebycia i legendarne już drabinki nad szczelinami i mostkami śnieżnymi. Nasłuchałam się wielu historii na ten temat, łącznie z tym, że niektórzy pokonywali je na kolanach, bo nie byli w stanie przejść na nogach.
 Jestem sama ciekawa jak mi to pójdzie ;-)


Zdjęcia: 
Nasza baza z Everestem w tle

Organizowanie sobie bazy i puja

Dziś o godzinie 10 rano puja. Wszyscy już dotarli do naszej bazy więc cały "staff" naszej bazy chce już ją odprawić. Bez tego buddyjscy Sherpowie, a i kucharze, nie rozpoczą ekspedycji. Chyba po tylu latach w Himalajach jest to już pewną tradycją, że wyprawę rozpoczyna się właśnie od niej.

Zdjęcia: 
Sprzęt wspinaczkowy podczas pujy
Tradycyjnie już polska flaga ze mną

Baza pod Lhotse!!

Po południu dotarliśmy do bazy pod Lhotse. Oj dużo już tu namiotów stoi, większość to osoby udające się na Everest, ale wiem, że są też wspinacze na Lhotse. 
Mam wrażenie, że nie ma tu lepszego, czy gorszego miejsca w bazie. Trzeba brać co jest, a jest słabo. Dowiedziałam się, że rezerwacja miejsc w bazie następuje już parę miesięcy wcześniej (!!!). 
Muszę Wam się przyznać, że strasznie się tego miejsca obawiałam. Dlatego chociażby do tej pory nie zdecydowałam się wspinać na Everest.

Zdjęcia: 
Tuż przed bazą pod Lhotse i Everestem

Lubuche

Jesteśmy w Lubuche. Na szczęście nie czuję żadnych dolegliwości związanych z wysokością. Podeszliśmy nawet do ABC na Lubuche Peak, by jeszcze bardziej sie zaklimatyzować. Spotkalam tam Ralfa i Gerlinde Kaltenbrunner, którzy również się aklimatyzują w tym miejscu. Cieszę się, że będą również w bazie pod Nuptse (jest jedna baza dla Nuptse, Lhotse i Everestu) i będzie z kim porozmawiać. Valerij Babanow również obiecał, że wpadnie do bazy na małą pogawędkę, chodzi tu i tam po dolinie Khumbu z klientami. 
Dlaczego o tym wspominam?

Zdjęcia: 
Z Ralfem i jego przyjciółmi

Krótkie newsy na facebook'u

Zapraszam Was również na mój profil na Facebook'u. 
Jest on dla mnie czasem łatwiejszy do aktualizowania, gdyż wysyła się krótką informację via sms, a jak wiadomo z internetem podczas wyprawy krucho. Dla tych co nie używają Facebook'a dodam, że nie trzeba tam być zalogowanym, by czytać stronę.
Adres: www.facebook.com/KingaBaranowskaClimber
 

Znów 400 metrów jesteśmy wyżej

Dziś również niezadługa trasa do Pheriche, na wysokość ok. 4200 m. Oczywiście można by tu wbiec bardzo szybko, jednakże dziś wolniutko przemierzaliśmy drogę, zatrzymując się na herbatki imbirowe, które nam najbardziej przypadły do gustu. 
Zatrzymaliśmy się na noc w bardzo fajnej lodży, super klimatycznej. Gdy zobaczyłam, że jest wyposażona nawet w oszkloną antresolę, służącą jako czytelnia, stwierdziłam, że to jest miejsce warte polecenia!
 Całe popołudnie spędzamy na czytaniu, cudownych rozmowach z ludźmi, których spotykamy na trasie.

Zdjęcia: 
Z Valerijem Babanowem na trasie
Ama Dablam w tle..

Aklimatyzacja trwa

Dość krótki dzień, dotarliśmy do Debuche na około 3800 m. Niestety nie było zbyt wielu widoków pod drodze, gdyż niebo cały dzień zachmurzone. Jednakże w mojej głowie i tak widoki były żywe cały czas z lat poprzednich i wiedziałam, w którym miejscu „powinna” się pojawić Kantega, a w którym Ama Dablam. Dolina Khumbu, mimo, że tak skomercjalizowana i tak jest jedną z najpiękniejszych dolin w Nepalu.

Namche Bazar

Namche Bazar (3440 m). To jest wioska, którą niesamowicie lubię. Dotarłam tu zaledwie w 3 godziny z Phakding w bardzo przyjemnym towarzystwie Valeriego Babanova, z którym stałam na szczycie Dhaulagiri w 2008 roku. Trochę też Palaków przewija się na trasie i co chwilę wymieniami się jakimiś pozdrowieniami. Jest tu chociażby Robert Szymczak oraz Wojtek Kukuczka, którzy potem zamierzają się wspinać na Everest od strony północnej. 
Mam niesamowicie piękny widok z okna z Kongde Lodge, czujemy się też świetnie.

Zdjęcia: 
Namche Bazar
Namche Bazar

Trekking do bazy

Dziś bardzo krótki (na trasie) dzień, doszliśmy do wioski Phakding (2610 m), jednakże dzień bardzo intensywny. Tak jak wspominałam, pobudka już o 4:30, krajowe lotnisko wypełnione po brzegi tobołkami, beczkami, tak, że przejść się nie da i wielki harmider. Wreszcie udało nam się wsiąść do samolotu, by za pół godziny wylądować w Lukla. Pisałam Wam już kiedyś jak wygląda lądowanie na tym krótkim pasie startowym. Generalnie trzeba mieć nerwy ze stali, by bez przyspieszonego bicia serca tam wylądować.

Zdjęcia: 
Widoki z samolotu do Lukla
Nasze bagaże doleciały i ruszamy
Trekking do bazy

Wielkanoc w Kathmandu

Dziś Wielkanoc. Pierwszy raz jestem w tym czasie w Kathmandu, a nie w drodze pod jakąś górę. Inna sprawa, że bardzo nie chciałam być tego dnia w biegu, tylko niespiesznie go pocelebrować. A nie jest to łatwe będąc w takim miejscu. Prawie nikt tu nie wie co to za święto, bo przecież jesteśmy w kraju o innej kulturze i religii.

Zdjęcia: 
Wielkanoc w Kathmandu
Na uroczystości Wielkanocnej

Kathmandu, stolica gór i Nepalu

Kathmandu ponownie. Dla mnie nic się tu nie zmienia, czuję się trochę tak, jakbym wracała do drugiego domu. Mimo, że rozgardiasz tu straszny i tak lubię to miejsce.
 Czeka nas mnóstwo sprawunków i spraw organizacyjnych do pozałatwiania. Tak więc z długą listą co trzeba załatwić, latamy pomiędzy agencją i różnymi sklepami.

Moim partnerem wspinaczkowym na tej wyprawie jest Paweł Michalski. 
Wielkanoc będziemy spędzać właśnie w tym miejscu - w Kathmandu :-)

Zdjęcia: 
Przylot do KTM

Jeszcze parę słów o południowej ścianie Lhotse

Warto poczytać również o południowej ścianie Lhotse, jednej z natrudniejszych na świecie. Tej, na której zginął Jurek Kukuczka.
Zostawiam Wam dwa linki:

http://wspinanie.pl/serwis/200803/30czorten_kukuczki.php

Zdjęcia: 
Czorten upamiętniający polskich wspinaczy
Coraz bliżej.. południowa ściana Lhotse
Południowa ściana - w pełnej okazałości

Mój cel - szczyt Lhotse

Wróciłam do mej dawnej miłości, czyli.... LHOTSE. Cieszę się bardzo! Oglądałam tę górę wiele razy, wspinając się w 2010 roku na Pumori. Pumori leży dokładnie naprzeciwko Lhotse, Nuptse i Everestu i stanowi jeden z najlepszych punktów widokowych na na te trzy góry.

Zdjęcia: 
Widok na Lhotse i Everest z obozu II na Pumori
Lhotse, Everest, Nuptse z wys. ok. 6800 m z Pumori
Partnerzy wyprawy na Lhotse

Przygotowania i upragniona harmonia

Czas przygotowań do wyprawy na ośmiotysięcznik trwa. HARMONIA, chciałoby się rzec – upragniona, to jak słowo wytrych. Ale jak to zrobić? Jak być przygotowanym zarówno kondycyjnie, technicznie, logistycznie, mentalnie i generelanie pod każdym kątem do wyprawy na ośmiotysięcznik? Czyli również na milion niespodzianek po drodze? Kiedy osiąga się sukces w jednym, drugie się wywala. Dam Wam przykład.

Zdjęcia: 
W Tatrach